czwartek, 14 lutego 2013

Imagin Walentynkowy.

Ok, a więc.
Jest 5 wersji tego imagina. Każda pod każdego chłopaka. Zmienione są
po prostu imiona i tam parę opisów. Nic więcej.
Soooooo, wybierajcie chłopaków. :D 


Wersja z Harrym. 

Znaliśmy się od  piątego roku życia. Opowiedzieć tą historię? Ok. Więc od początku.
Gdy miałam 4,5 roku, rodzice powiedzieli, że mamusia dostała awans i już niedługo trzeba się będzie przeprowadzić do innego miasta. Wtedy niezbyt rozumiałam co to oznacza, więc ani nie rozpaczałam, ani się nie cieszyłam. Po prostu, pewnego dnia rodzice zaczęli pakować wszystkie rzeczy z domu i powiedziałam "sajonara" swojemu ukochanemu domkowi z młodszego dzieciństwa. Zamieszkałam w jakimś nowym, wielkim i świetnie urządzonym domu z wielkim balkonem i widokiem na całe miasto. Nie odpowiadało mi to, więc już jako sześciolatka próbowałam robić wszystko, by tylko jak najrzadziej przebywać w nowym domu. Pewnego dnia poznałam małego, brązowowłosego lokowatego chłopca grającego w piłkę z dziećmi na podwórku. I od tego się zaczęło....

14.02 mijała jedenasta rocznica naszego poznania. Akurat wypadała na walentynki, więc było to troszeczkę niezręczne świętować rocznicę przyjaźni w święto zakochanych. Ale cóż, zbyt wielka, silna i wręcz niewytłumaczalna więź nas trzymała. To znaczy tylko ja miałam plany na świętowanie tej rocznicy, nie wiedziałam nawet, czy Harry o niej pamięta. Poszłam do łazienki wziąć długą, gorącą kąpiel, by na wieczór być gotowa. W sumie była dopiero 9 rano, ale byłam podekscytowana od kilku dni, a teraz zaczynałam też czuć podniecenie. Czy wszystko pójdzie według mojej myśli? Czy Harry się nie speszy? Czy go nie wystraszę? Czy będę wyglądać wystarczająco dobrze, by nie śmiesznie? Czy wybrałam dobry lokal? Czy wszystko będzie odpowiednie? -Toooo.... Ja jednak wezmę tę kąpiel.- powiedziałam i poszłam w szlafroku do łazienki. Podczas, gdy nurkowałam do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu, jednak nie przejęłam się tym wiedząc, że i tak nie zdążę do niego dobiec. Po dwugodzinnej "walce z niebezpiecznościami oceanu" postanowiłam zakończyć tą dziecinadę i pójść sprawdzić kto dzwonił kilkakrotnie. Gdy podeszłam do telefonu i na wyświetlaczu zobaczyłam jedną nazwę, motylki pojawiły mi się w brzuchu. Ale nie dlatego, że kochałam go jak partnera, tylko właśnie jak brata. Chyba...
"Sprawdź."  "Twittera". "Szybko." "Sprawdź." "Sprawdź sprawdź sprawdź!" Łącznie było to 116 wiadomości, więc.... Odpaliłam laptopa, a na wyświetlaczu od razu pojawił się spam z chatu. Również od jednej i tej samej osoby. Podobna treść, między urywkami, że "mnie kocha" i "do zobaczenia później". -Jak to... Przecież jeszcze go nigdzie dziś nie zapraszałam!- tupnęłam energicznie nogą i zalogowałam się na portal społecznościowy. Spam w moim telefonie i na chacie był niczym, w porównaniu do spamu moim mentions. Po przeczytaniu, a raczej przeskoczeniu nie mniej niż 1K tweetów doszłam do tego pierwszego. Najważniejszego. Jedynego i niepowtarzalnego. Do filmiku. Odpaliłam go i usiadłam wygodnie na łóżku przeczesując palcami jeszcze mokre, długie włosy. Filmik był po angielsku. Hazz wiedział, jak bardzo lubię ten język.
"Uuuum.... Hi. I don't want you to think that I don't remember what day it is today. I do remember it. I want to tell you, actually I want to show you how much I adore you.You're an amazing person. I will never regret the fact that I went outside that day. You're my sun. I   l o v e    y o u."
Mokrymi włosami starłam łzę spływającą po policzku. Ostatnie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak nie kocham go jak brata. Niestety.....
Uświadomiłam sobie również, jak bardzo boję się dzisiejszego wieczora. Jak bardzo boję się jego odrzucenia. Słów. Ran. Tego, że nie wytrzymam długo oszukując siebie, że kocham go jak brata.

Usiadłam i straciłam wszelkie chęci na dzisiejszy wieczór. Na każdy razem spędzony moment dzisiejszego wieczora. Łzy napłynęły mi do oczu, dotarło do mnie, że on nigdy nie będzie mój w ten sposób, jaki bym chciała. Przecież tyle razy przychodził, kładł mi głowę na kolanach i opowiadał o tak wspaniałych dziewczynach, które chciałby wziąć na kolejną randkę, albo więcej- pocałować. Oraz ile razy przychodził przybity, ponieważ dostawał kosza od dziewczyn, na których naprawdę naprawdę mu zależało. Każdy wieczór spędzony z nim na rozmowach o dziewczynach uświadamiał mi, że jestem tylko tą dobrą, najlepszą przyjaciółką. PRZYJACIÓŁKĄ. Nikim więcej. Traktował mnie jak młodszą siostrę, a nie jak powinien- jak dojrzewającą, piękną kobietę.
W tym stanie mogłam tylko jedno. Wzięłam telefon i na klawiaturze qwerty wystukałam krótką wiadomość.
"I'm excited too. Xxx"
To: My little bear.
Send.

Położyłam głowę na poduszce i w laptopie włączyłam sobie każdą piosenkę, którą nagrywał dla mnie wieczorami na moiom łóżku, które szczerze mówiąc już nim przesiąkło. Wtuliłam głowę w miejsce, gdzie najczęściej siadał i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
Po paru chwilach głowa mi zadrżała i aż podskoczyłam, gdy poczułam wibracje telefonu. Kolejna wiadomość.
From: My little bear.
Message: "Honey, what's wrong?"

To: My little bear
Message: "Nothing hun, everything's ok. Xxx"- oczywiście musiałam tu skłamać.

Ponowna wibracja.

From: My little bear
Message: "I'll be in 3 minutes. x"

Nie zdążyłam nic odpisać, gdyż po niecałych czterech minutach rozległo się walenie w moje drzwi. -Dobrze, że rodziców nie ma w domu. Zabiliby go. Choć tak bardzo go lubią.- szepnęłam i pobiegłam do drzwi, po drodze ścierając podsychające już łzy. Otworzyłam uśmiechnięta od ucha do ucha, prawie podskakująca ze szczęścia na widok filmiku. No po prostu happy. Harold wszedł bez słowa i przytulił mnie najszybciej jak to możliwe. Tak mocno, po męsku, ale i tak, żebym poczuła się bezpieczna. Naprawdę nie wiem, z jaką siłą powstrzymywałam łzy. Myślałam, że już wybuchnę, ale postanowiłam być silna.
Hazz odsunął się na chwilkę, dosłownie kilka centymetrów, by nadal widzieć moją twarz. Wciąż trwaliśmy w uścisku. Spojrzał mi w oczy tak przeszywającym, głębokim spojrzeniem, że aż przeszły mnie ciarki. Poczułam, że zabrał jedną rękę z moich pleców. Po chwili jego kciuk znalazł się przy mojej twarzy i dotknął policzka. Przejechał wzdłuż linii kości policzkowych i starł przeźroczysty płyn. -Cholera....- szepnęłam tak cicho, że niezauważalnie. Nie udało się, łza popłynęła. Na szczęście nie wybuchłam słowami. To był naprawdę wielki sukces.
Chłopak w loczkach pocałował mnie w czubek głowy, złapał za rękę i poprowadził w stronę balkonu.
Gdy już na nim stanęliśmy, nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy. Za chwilę zasłonił je jedną ręką i oparł brodę o moje ramiona. Wykonał jakiś gest- poczułam to przez zdjęcie jego jednej ręki z moich oczu. Wziął głęboki wdech i szepnął tym  swoim niskim, zachrypniętym głosem: To dla ciebie księżniczko.
Odsłonił mi oczy. Gdy ujrzałam to, co mi pokazał, z powrotem wzięłam jego rękę i zasłoniłam sobie oczy. Chłopak zaśmiał się bardzo energicznie, ale i nerwowo. Wyjrzałam delikatnie przez palce Harry'ego i znów pojawiły się łzy w moich oczach. Na gigantycznym wieżowcu naprzeciwko mojego balkonu było serce. Ale nie byle jakie serce. Serce z zapalonych i pogaszonych w nim świateł. Było naprawdę ogromne, na cały 49piętrowy wieżowiec. A na środku serca, również z pozapalanych świateł było zdrobnienie mojego imienia.
Odwróciłam się i odruchowo go pocałowałam. W usta. Zorientowałam się dopiero po chwili, ale Harry.... Odwzajemnił mój pocałunek. Wręcz to on teraz przejął inicjatywę. Wziął mnie na ręce i całował tak namiętnie i z pożądaniem. Jego język wił się po moim podniebieniu niczym baletnica w tańcu. Był taki... Męski. Cudowny. Delikatny. Słodki. Cierpliwy. Napalony? Czuły. MÓJ.
Za chwilę usłyszałam, jak mój bóg mruczy, a następnie po kilku sekundach rozległ się krzyk na całe gardło: "SZCZĘŚLIWEJ JEDENASTEJ ROCZNICY SZCZĘŚLIWE MISIE!"
Przez pocałunek odczułam jak Harry się delikatnie śmieje. Oderwałam swoje od jego magicznych, malinowych ust i spojrzałam w dół. Zaledwie 19 pięter niżej stali wszyscy jego kumple i cały czas krzyczeli i bili brawo. W górę poleciały też balony napełnione helem, w kształcie serduszek.
-Dwa w jednym, skarbie.- szepnął swoim ponętnym głosem Harry.









Wersja z Liamem.


Znaliśmy się od  piątego roku życia. Opowiedzieć tą historię? Ok. Więc od początku.
Gdy miałam 4,5 roku, rodzice powiedzieli, że mamusia dostała awans i już niedługo trzeba się będzie przeprowadzić do innego miasta. Wtedy niezbyt rozumiałam co to oznacza, więc ani nie rozpaczałam, ani się nie cieszyłam. Po prostu, pewnego dnia rodzice zaczęli pakować wszystkie rzeczy z domu i powiedziałam "sajonara" swojemu ukochanemu domkowi z młodszego dzieciństwa. Zamieszkałam w jakimś nowym, wielkim i świetnie urządzonym domu z wielkim balkonem i widokiem na całe miasto. Nie odpowiadało mi to, więc już jako sześciolatka próbowałam robić wszystko, by tylko jak najrzadziej przebywać w nowym domu. Pewnego dnia poznałam małego, dość pulchnego chłopca o pięknych oczach, grającego w piłkę z dziećmi na podwórku. I od tego się zaczęło....

14.02 mijała jedenasta rocznica naszego poznania. Akurat wypadała na walentynki, więc było to troszeczkę niezręczne świętować rocznicę przyjaźni w święto zakochanych. Ale cóż, zbyt wielka, silna i wręcz niewytłumaczalna więź nas trzymała. To znaczy tylko ja miałam plany na świętowanie tej rocznicy, nie wiedziałam nawet, czy Liam o niej pamięta. Poszłam do łazienki wziąć długą, gorącą kąpiel, by na wieczór być gotowa. W sumie była dopiero 9 rano, ale byłam podekscytowana od kilku dni, a teraz zaczynałam też czuć podniecenie. Czy wszystko pójdzie według mojej myśli? Czy Liam się nie speszy? Czy go nie wystraszę? Czy będę wyglądać wystarczająco dobrze, by nie śmiesznie? Czy wybrałam dobry lokal? Czy wszystko będzie odpowiednie? -Toooo.... Ja jednak wezmę tę kąpiel.- powiedziałam i poszłam w szlafroku do łazienki. Podczas, gdy nurkowałam do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu, jednak nie przejęłam się tym wiedząc, że i tak nie zdążę do niego dobiec. Po dwugodzinnej "walce z niebezpiecznościami oceanu" postanowiłam zakończyć tą dziecinadę i pójść sprawdzić kto dzwonił kilkakrotnie. Gdy podeszłam do telefonu i na wyświetlaczu zobaczyłam jedną nazwę, motylki pojawiły mi się w brzuchu. Ale nie dlatego, że kochałam go jak partnera, tylko właśnie jak brata. Chyba...
"Sprawdź."  "Twittera". "Szybko." "Sprawdź." "Sprawdź sprawdź sprawdź!" Łącznie było to 116 wiadomości, więc.... Odpaliłam laptopa, a na wyświetlaczu od razu pojawił się spam z chatu. Również od jednej i tej samej osoby. Podobna treść, między urywkami, że "mnie kocha" i "do zobaczenia później". -Jak to... Przecież jeszcze go nigdzie dziś nie zapraszałam!- tupnęłam energicznie nogą i zalogowałam się na portal społecznościowy. Spam w moim telefonie i na chacie był niczym, w porównaniu do spamu moim mentions. Po przeczytaniu, a raczej przeskoczeniu nie mniej niż 1K tweetów doszłam do tego pierwszego. Najważniejszego. Jedynego i niepowtarzalnego. Do filmiku. Odpaliłam go i usiadłam wygodnie na łóżku przeczesując palcami jeszcze mokre, długie włosy. Filmik był po angielsku. Mr. Perfect wiedział, jak bardzo lubię ten język.
"Uuuum.... Hi. I don't want you to think that I don't remember what day it is today. I do remember it. I want to tell you, actually I want to show you how much I adore you.You're an amazing person. I will never regret the fact that I went outside that day. You're my sun. I   l o v e    y o u."
Mokrymi włosami starłam łzę spływającą po policzku. Ostatnie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak nie kocham go jak brata. Niestety.....
Uświadomiłam sobie również, jak bardzo boję się dzisiejszego wieczora. Jak bardzo boję się jego odrzucenia. Słów. Ran. Tego, że nie wytrzymam długo oszukując siebie, że kocham go jak brata.



Usiadłam i straciłam wszelkie chęci na dzisiejszy wieczór. Na każdy razem spędzony moment dzisiejszego wieczora. Łzy napłynęły mi do oczu, dotarło do mnie, że on nigdy nie będzie mój w ten sposób, jaki bym chciała. Przecież tyle razy przychodził, kładł mi głowę na kolanach i opowiadał o tak wspaniałych dziewczynach, które chciałby wziąć na kolejną randkę, albo więcej- pocałować. Oraz ile razy przychodził przybity, ponieważ dostawał kosza od dziewczyn, na których naprawdę naprawdę mu zależało. Każdy wieczór spędzony z nim na rozmowach o dziewczynach uświadamiał mi, że jestem tylko tą dobrą, najlepszą przyjaciółką. PRZYJACIÓŁKĄ. Nikim więcej. Traktował mnie jak młodszą siostrę, a nie jak powinien- jak dojrzewającą, piękną kobietę.
W tym stanie mogłam tylko jedno. Wzięłam telefon i na klawiaturze qwerty wystukałam krótką wiadomość.
"I'm excited too. Xxx"

To: My little bear.
Send.

Położyłam głowę na poduszce i w laptopie włączyłam sobie każdą piosenkę, którą nagrywał dla mnie wieczorami na moiom łóżku, które szczerze mówiąc już nim przesiąkło. Wtuliłam głowę w miejsce, gdzie najczęściej siadał i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
Po paru chwilach głowa mi zadrżała i aż podskoczyłam, gdy poczułam wibracje telefonu. Kolejna wiadomość.
From: My little bear.
Message: "Honey, what's wrong?"



To: My little bear
Message: "Nothing hun, everything's ok. Xxx"- oczywiście musiałam tu skłamać.



Ponowna wibracja.

From: My little bear
Message: "I'll be in 3 minutes. x"


Nie zdążyłam nic odpisać, gdyż po niecałych czterech minutach rozległo się walenie w moje drzwi. -Dobrze, że rodziców nie ma w domu. Zabiliby go. Choć tak bardzo go lubią.- szepnęłam i pobiegłam do drzwi, po drodze ścierając podsychające już łzy. Otworzyłam uśmiechnięta od ucha do ucha, prawie podskakująca ze szczęścia na widok filmiku. No po prostu happy. Liam James wszedł bez słowa i przytulił mnie najszybciej jak to możliwe. Tak mocno, po męsku, ale i tak, żebym poczuła się bezpieczna. Naprawdę nie wiem, z jaką siłą powstrzymywałam łzy. Myślałam, że już wybuchnę, ale postanowiłam być silna.

Li odsunął się na chwilkę, dosłownie kilka centymetrów, by nadal widzieć moją twarz. Wciąż trwaliśmy w uścisku. Spojrzał mi w oczy tak przeszywającym, głębokim spojrzeniem, że aż przeszły mnie ciarki. Poczułam, że zabrał jedną rękę z moich pleców. Po chwili jego kciuk znalazł się przy mojej twarzy i dotknął policzka. Przejechał wzdłuż linii kości policzkowych i starł przeźroczysty płyn. -Cholera....- szepnęłam tak cicho, że niezauważalnie. Nie udało się, łza popłynęła. Na szczęście nie wybuchłam słowami. To był naprawdę wielki sukces.
Chłopak z cudownymi mięśniami pocałował mnie w czubek głowy, złapał za rękę i poprowadził w stronę balkonu.
Gdy już na nim stanęliśmy, nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy. Za chwilę zasłonił je jedną ręką i oparł brodę o moje ramiona. Wykonał jakiś gest- poczułam to przez zdjęcie jego jednej ręki z moich oczu. Wziął głęboki wdech i szepnął tym  swoim niskim, zdenerwowanym głosem: To dla ciebie księżniczko.
Odsłonił mi oczy. Gdy ujrzałam to, co mi pokazał, z powrotem wzięłam jego rękę i zasłoniłam sobie oczy. Chłopak zaśmiał się bardzo energicznie, ale i nerwowo. Wyjrzałam delikatnie przez palce Liama i znów pojawiły się łzy w moich oczach. Na gigantycznym wieżowcu naprzeciwko mojego balkonu było serce. Ale nie byle jakie serce. Serce z zapalonych i pogaszonych w nim świateł. Było naprawdę ogromne, na cały 49piętrowy wieżowiec. A na środku serca, również z pozapalanych świateł było zdrobnienie mojego imienia.
Odwróciłam się i odruchowo go pocałowałam. W usta. Zorientowałam się dopiero po chwili, ale Li.... Odwzajemnił mój pocałunek. Wręcz to on teraz przejął inicjatywę. Wziął mnie na ręce i całował tak namiętnie i z pożądaniem. Jego język wił się po moim podniebieniu niczym baletnica w tańcu. Był taki... Męski. Cudowny. Delikatny. Słodki. Cierpliwy. Napalony? Czuły. MÓJ.
Za chwilę usłyszałam, jak mój bóg mruczy, a następnie po kilku sekundach rozległ się krzyk na całe gardło: " SZCZĘŚLIWEJ JEDENASTEJ ROCZNICY SZCZĘŚLIWE MISIE!"
Przez pocałunek odczułam jak Payne się delikatnie śmieje. Oderwałam swoje od jego magicznych, malinowych ust i spojrzałam w dół. Zaledwie 19 pięter niżej stali wszyscy jego kumple i cały czas krzyczeli i bili brawo. W górę poleciały też balony napełnione helem, w kształcie serduszek.
-Dwa w jednym, skarbie.- szepnął swoim ponętnym głosem Li.














Wersja z Lou



Znaliśmy się od  piątego roku życia. Opowiedzieć tą historię? Ok. Więc od początku.
Gdy miałam 4,5 roku, rodzice powiedzieli, że mamusia dostała awans i już niedługo trzeba się będzie przeprowadzić do innego miasta. Wtedy niezbyt rozumiałam co to oznacza, więc ani nie rozpaczałam, ani się nie cieszyłam. Po prostu, pewnego dnia rodzice zaczęli pakować wszystkie rzeczy z domu i powiedziałam "sajonara" swojemu ukochanemu domkowi z młodszego dzieciństwa. Zamieszkałam w jakimś nowym, wielkim i świetnie urządzonym domu z wielkim balkonem i widokiem na całe miasto. Nie odpowiadało mi to, więc już jako sześciolatka próbowałam robić wszystko, by tylko jak najrzadziej przebywać w nowym domu. Pewnego dnia poznałam małego, ciemnowłosego, radosnego chłopca grającego w piłkę z dziećmi na podwórku. I od tego się zaczęło....

14.02 mijała jedenasta rocznica naszego poznania. Akurat wypadała na walentynki, więc było to troszeczkę niezręczne świętować rocznicę przyjaźni w święto zakochanych. Ale cóż, zbyt wielka, silna i wręcz niewytłumaczalna więź nas trzymała. To znaczy tylko ja miałam plany na świętowanie tej rocznicy, nie wiedziałam nawet, czy Louis o niej pamięta. Poszłam do łazienki wziąć długą, gorącą kąpiel, by na wieczór być gotowa. W sumie była dopiero 9 rano, ale byłam podekscytowana od kilku dni, a teraz zaczynałam też czuć podniecenie. Czy wszystko pójdzie według mojej myśli? Czy Louis się nie speszy? Czy go nie wystraszę? Czy będę wyglądać wystarczająco dobrze, by nie śmiesznie? Czy wybrałam dobry lokal? Czy wszystko będzie odpowiednie? -Toooo.... Ja jednak wezmę tę kąpiel.- powiedziałam i poszłam w szlafroku do łazienki. Podczas, gdy nurkowałam do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu, jednak nie przejęłam się tym wiedząc, że i tak nie zdążę do niego dobiec. Po dwugodzinnej "walce z niebezpiecznościami oceanu" postanowiłam zakończyć tą dziecinadę i pójść sprawdzić kto dzwonił kilkakrotnie. Gdy podeszłam do telefonu i na wyświetlaczu zobaczyłam jedną nazwę, motylki pojawiły mi się w brzuchu. Ale nie dlatego, że kochałam go jak partnera, tylko właśnie jak brata. Chyba...
"Sprawdź."  "Twittera". "Szybko." "Sprawdź." "Sprawdź sprawdź sprawdź!" Łącznie było to 116 wiadomości, więc.... Odpaliłam laptopa, a na wyświetlaczu od razu pojawił się spam z chatu. Również od jednej i tej samej osoby. Podobna treść, między urywkami, że "mnie kocha" i "do zobaczenia później". -Jak to... Przecież jeszcze go nigdzie dziś nie zapraszałam!- tupnęłam energicznie nogą i zalogowałam się na portal społecznościowy. Spam w moim telefonie i na chacie był niczym, w porównaniu do spamu moim mentions. Po przeczytaniu, a raczej przeskoczeniu nie mniej niż 1K tweetów doszłam do tego pierwszego. Najważniejszego. Jedynego i niepowtarzalnego. Do filmiku. Odpaliłam go i usiadłam wygodnie na łóżku przeczesując palcami jeszcze mokre, długie włosy. Filmik był po angielsku. Lou wiedział, jak bardzo lubię ten język.
"Uuuum.... Hi. I don't want you to think that I don't remember what day it is today. I do remember it. I want to tell you, actually I want to show you how much I adore you.You're an amazing person. I will never regret the fact that I went outside that day. You're my sun. I   l o v e    y o u."
Mokrymi włosami starłam łzę spływającą po policzku. Ostatnie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak nie kocham go jak brata. Niestety.....
Uświadomiłam sobie również, jak bardzo boję się dzisiejszego wieczora. Jak bardzo boję się jego odrzucenia. Słów. Ran. Tego, że nie wytrzymam długo oszukując siebie, że kocham go jak brata.



Usiadłam i straciłam wszelkie chęci na dzisiejszy wieczór. Na każdy razem spędzony moment dzisiejszego wieczora. Łzy napłynęły mi do oczu, dotarło do mnie, że on nigdy nie będzie mój w ten sposób, jaki bym chciała. Przecież tyle razy przychodził, kładł mi głowę na kolanach i opowiadał o tak wspaniałych dziewczynach, które chciałby wziąć na kolejną randkę, albo więcej- pocałować. Oraz ile razy przychodził przybity, ponieważ dostawał kosza od dziewczyn, na których naprawdę naprawdę mu zależało. Każdy wieczór spędzony z nim na rozmowach o dziewczynach uświadamiał mi, że jestem tylko tą dobrą, najlepszą przyjaciółką. PRZYJACIÓŁKĄ. Nikim więcej. Traktował mnie jak młodszą siostrę, a nie jak powinien- jak dojrzewającą, piękną kobietę.
W tym stanie mogłam tylko jedno. Wzięłam telefon i na klawiaturze qwerty wystukałam krótką wiadomość.
"I'm excited too. Xxx"

To: My little bear.
Send.

Położyłam głowę na poduszce i w laptopie włączyłam sobie każdą piosenkę, którą nagrywał dla mnie wieczorami na moiom łóżku, które szczerze mówiąc już nim przesiąkło. Wtuliłam głowę w miejsce, gdzie najczęściej siadał i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
Po paru chwilach głowa mi zadrżała i aż podskoczyłam, gdy poczułam wibracje telefonu. Kolejna wiadomość.
From: My little bear.
Message: "Honey, what's wrong?"



To: My little bear
Message: "Nothing hun, everything's ok. Xxx"- oczywiście musiałam tu skłamać.



Ponowna wibracja.

From: My little bear
Message: "I'll be in 3 minutes. x"


Nie zdążyłam nic odpisać, gdyż po niecałych czterech minutach rozległo się walenie w moje drzwi. -Dobrze, że rodziców nie ma w domu. Zabiliby go. Choć tak bardzo go lubią.- szepnęłam i pobiegłam do drzwi, po drodze ścierając podsychające już łzy. Otworzyłam uśmiechnięta od ucha do ucha, prawie podskakująca ze szczęścia na widok filmiku. No po prostu happy. Louis Wiliam wszedł bez słowa i przytulił mnie najszybciej jak to możliwe. Tak mocno, po męsku, ale i tak, żebym poczuła się bezpieczna. Naprawdę nie wiem, z jaką siłą powstrzymywałam łzy. Myślałam, że już wybuchnę, ale postanowiłam być silna.

Lou odsunął się na chwilkę, dosłownie kilka centymetrów, by nadal widzieć moją twarz. Wciąż trwaliśmy w uścisku. Spojrzał mi w oczy tak przeszywającym, głębokim spojrzeniem, że aż przeszły mnie ciarki. Poczułam, że zabrał jedną rękę z moich pleców. Po chwili jego kciuk znalazł się przy mojej twarzy i dotknął policzka. Przejechał wzdłuż linii kości policzkowych i starł przeźroczysty płyn. -Cholera....- szepnęłam tak cicho, że niezauważalnie. Nie udało się, łza popłynęła. Na szczęście nie wybuchłam słowami. To był naprawdę wielki sukces.
Chłopak w koszulce w paski pocałował mnie w czubek głowy, złapał za rękę i poprowadził w stronę balkonu.
Gdy już na nim stanęliśmy, nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy. Za chwilę zasłonił je jedną ręką i oparł brodę o moje ramiona. Wykonał jakiś gest- poczułam to przez zdjęcie jego jednej ręki z moich oczu. Wziął głęboki wdech i szepnął tym  swoim niskim, zachrypniętym głosem: To dla ciebie księżniczko.
Odsłonił mi oczy. Gdy ujrzałam to, co mi pokazał, z powrotem wzięłam jego rękę i zasłoniłam sobie oczy. Chłopak zaśmiał się bardzo energicznie, ale i nerwowo. Wyjrzałam delikatnie przez palce Loui'ego i znów pojawiły się łzy w moich oczach. Na gigantycznym wieżowcu naprzeciwko mojego balkonu było serce. Ale nie byle jakie serce. Serce z zapalonych i pogaszonych w nim świateł. Było naprawdę ogromne, na cały 49piętrowy wieżowiec. A na środku serca, również z pozapalanych świateł było zdrobnienie mojego imienia.
Odwróciłam się i odruchowo go pocałowałam. W usta. Zorientowałam się dopiero po chwili, ale Louis.... Odwzajemnił mój pocałunek. Wręcz to on teraz przejął inicjatywę. Wziął mnie na ręce i całował tak namiętnie i z pożądaniem. Jego język wił się po moim podniebieniu niczym baletnica w tańcu. Był taki... Męski. Cudowny. Delikatny. Słodki. Cierpliwy. Napalony? Czuły. MÓJ.
Za chwilę usłyszałam, jak twój bóg mruczy, a następnie po kilku sekundach rozległ się krzyk na całe gardło: "SZCZĘŚLIWEJ JEDENASTEJ ROCZNICY SZCZĘŚLIWE MISIE!"
Przez pocałunek odczułam jak Loui się delikatnie śmieje. Oderwałam swoje od jego magicznych, malinowych ust i spojrzałam w dół. Zaledwie 19 pięter niżej stali wszyscy jego kumple i cały czas krzyczeli i bili brawo. W górę poleciały też balony napełnione helem, w kształcie serduszek.
-Dwa w jednym, skarbie.- szepnął swoim ponętnym głosem Lou.












Wersja z Zaynem.



Znaliśmy się od  piątego roku życia. Opowiedzieć tą historię? Ok. Więc od początku.
Gdy miałam 4,5 roku, rodzice powiedzieli, że mamusia dostała awans i już niedługo trzeba się będzie przeprowadzić do innego miasta. Wtedy niezbyt rozumiałam co to oznacza, więc ani nie rozpaczałam, ani się nie cieszyłam. Po prostu, pewnego dnia rodzice zaczęli pakować wszystkie rzeczy z domu i powiedziałam "sajonara" swojemu ukochanemu domkowi z młodszego dzieciństwa. Zamieszkałam w jakimś nowym, wielkim i świetnie urządzonym domu z wielkim balkonem i widokiem na całe miasto. Nie odpowiadało mi to, więc już jako sześciolatka próbowałam robić wszystko, by tylko jak najrzadziej przebywać w nowym domu. Pewnego dnia poznałam małego, brązowowłosego, zadziornego chłopca grającego w piłkę z dziećmi na podwórku. I od tego się zaczęło....

14.02 mijała jedenasta rocznica naszego poznania. Akurat wypadała na walentynki, więc było to troszeczkę niezręczne świętować rocznicę przyjaźni w święto zakochanych. Ale cóż, zbyt wielka, silna i wręcz niewytłumaczalna więź nas trzymała. To znaczy tylko ja miałam plany na świętowanie tej rocznicy, nie wiedziałam nawet, czy Zayn o niej pamięta. Poszłam do łazienki wziąć długą, gorącą kąpiel, by na wieczór być gotowa. W sumie była dopiero 9 rano, ale byłam podekscytowana od kilku dni, a teraz zaczynałam też czuć podniecenie. Czy wszystko pójdzie według mojej myśli? Czy Zayn się nie speszy? Czy go nie wystraszę? Czy będę wyglądać wystarczająco dobrze, by nie śmiesznie? Czy wybrałam dobry lokal? Czy wszystko będzie odpowiednie? -Toooo.... Ja jednak wezmę tę kąpiel.- powiedziałam i poszłam w szlafroku do łazienki. Podczas, gdy nurkowałam do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu, jednak nie przejęłam się tym wiedząc, że i tak nie zdążę do niego dobiec. Po dwugodzinnej "walce z niebezpiecznościami oceanu" postanowiłam zakończyć tą dziecinadę i pójść sprawdzić kto dzwonił kilkakrotnie. Gdy podeszłam do telefonu i na wyświetlaczu zobaczyłam jedną nazwę, motylki pojawiły mi się w brzuchu. Ale nie dlatego, że kochałam go jak partnera, tylko właśnie jak brata. Chyba...
"Sprawdź."  "Twittera". "Szybko." "Sprawdź." "Sprawdź sprawdź sprawdź!" Łącznie było to 116 wiadomości, więc.... Odpaliłam laptopa, a na wyświetlaczu od razu pojawił się spam z chatu. Również od jednej i tej samej osoby. Podobna treść, między urywkami, że "mnie kocha" i "do zobaczenia później". -Jak to... Przecież jeszcze go nigdzie dziś nie zapraszałam!- tupnęłam energicznie nogą i zalogowałam się na portal społecznościowy. Spam w moim telefonie i na chacie był niczym, w porównaniu do spamu moim mentions. Po przeczytaniu, a raczej przeskoczeniu nie mniej niż 1K tweetów doszłam do tego pierwszego. Najważniejszego. Jedynego i niepowtarzalnego. Do filmiku. Odpaliłam go i usiadłam wygodnie na łóżku przeczesując palcami jeszcze mokre, długie włosy. Filmik był po angielsku. Zayn wiedział, jak bardzo lubię ten język.
"Uuuum.... Hi. I don't want you to think that I don't remember what day it is today. I do remember it. I want to tell you, actually I want to show you how much I adore you.You're an amazing person. I will never regret the fact that I went outside that day. You're my sun. I   l o v e    y o u."
Mokrymi włosami starłam łzę spływającą po policzku. Ostatnie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak nie kocham go jak brata. Niestety.....
Uświadomiłam sobie również, jak bardzo boję się dzisiejszego wieczora. Jak bardzo boję się jego odrzucenia. Słów. Ran. Tego, że nie wytrzymam długo oszukując siebie, że kocham go jak brata.



Usiadłam i straciłam wszelkie chęci na dzisiejszy wieczór. Na każdy razem spędzony moment dzisiejszego wieczora. Łzy napłynęły mi do oczu, dotarło do mnie, że on nigdy nie będzie mój w ten sposób, jaki bym chciała. Przecież tyle razy przychodził, kładł mi głowę na kolanach i opowiadał o tak wspaniałych dziewczynach, które chciałby wziąć na kolejną randkę, albo więcej- pocałować. Oraz ile razy przychodził przybity, ponieważ dostawał kosza od dziewczyn, na których naprawdę naprawdę mu zależało. Każdy wieczór spędzony z nim na rozmowach o dziewczynach uświadamiał mi, że jestem tylko tą dobrą, najlepszą przyjaciółką. PRZYJACIÓŁKĄ. Nikim więcej. Traktował mnie jak młodszą siostrę, a nie jak powinien- jak dojrzewającą, piękną kobietę.
W tym stanie mogłam tylko jedno. Wzięłam telefon i na klawiaturze qwerty wystukałam krótką wiadomość.
"I'm excited too. Xxx"

To: My little bear.
Send.

Położyłam głowę na poduszce i w laptopie włączyłam sobie każdą piosenkę, którą nagrywał dla mnie wieczorami na moiom łóżku, które szczerze mówiąc już nim przesiąkło. Wtuliłam głowę w miejsce, gdzie najczęściej siadał i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
Po paru chwilach głowa mi zadrżała i aż podskoczyłam, gdy poczułam wibracje telefonu. Kolejna wiadomość.
From: My little bear.
Message: "Honey, what's wrong?"



To: My little bear
Message: "Nothing hun, everything's ok. Xxx"- oczywiście musiałam tu skłamać.



Ponowna wibracja.

From: My little bear
Message: "I'll be in 3 minutes. x"


Nie zdążyłam nic odpisać, gdyż po niecałych czterech minutach rozległo się walenie w moje drzwi. -Dobrze, że rodziców nie ma w domu. Zabiliby go. Choć tak bardzo go lubią.- szepnęłam i pobiegłam do drzwi, po drodze ścierając podsychające już łzy. Otworzyłam uśmiechnięta od ucha do ucha, prawie podskakująca ze szczęścia na widok filmiku. No po prostu happy. BadBoi wszedł bez słowa i przytulił mnie najszybciej jak to możliwe. Tak mocno, po męsku, ale i tak, żebym poczuła się bezpieczna. Naprawdę nie wiem, z jaką siłą powstrzymywałam łzy. Myślałam, że już wybuchnę, ale postanowiłam być silna.

Zay odsunął się na chwilkę, dosłownie kilka centymetrów, by nadal widzieć moją twarz. Wciąż trwaliśmy w uścisku. Spojrzał mi w oczy tak przeszywającym, głębokim spojrzeniem, że aż przeszły mnie ciarki. Poczułam, że zabrał jedną rękę z moich pleców. Po chwili jego kciuk znalazł się przy mojej twarzy i dotknął policzka. Przejechał wzdłuż linii kości policzkowych i starł przeźroczysty płyn. -Cholera....- szepnęłam tak cicho, że niezauważalnie. Nie udało się, łza popłynęła. Na szczęście nie wybuchłam słowami. To był naprawdę wielki sukces.
Chłopak w podkoszulku pocałował mnie w czubek głowy, złapał za rękę i poprowadził w stronę balkonu.
Gdy już na nim stanęliśmy, nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy. Za chwilę zasłonił je jedną ręką i oparł brodę o moje ramiona. Wykonał jakiś gest- poczułam to przez zdjęcie jego jednej ręki z moich oczu. Wziął głęboki wdech i szepnął tym  swoim niskim, zachrypniętym głosem: To dla ciebie księżniczko.
Odsłonił mi oczy. Gdy ujrzałam to, co mi pokazał, z powrotem wzięłam jego rękę i zasłoniłam sobie oczy. Chłopak zaśmiał się bardzo energicznie, ale i nerwowo. Wyjrzałam delikatnie przez palce Zayn'a i znów pojawiły się łzy w moich oczach. Na gigantycznym wieżowcu naprzeciwko mojego balkonu było serce. Ale nie byle jakie serce. Serce z zapalonych i pogaszonych w nim świateł. Było naprawdę ogromne, na cały 49piętrowy wieżowiec. A na środku serca, również z pozapalanych świateł było zdrobnienie mojego imienia.
Odwróciłam się i odruchowo go pocałowałam. W usta. Zorientowałam się dopiero po chwili, ale Zain.... Odwzajemnił mój pocałunek. Wręcz to on teraz przejął inicjatywę. Wziął mnie na ręce i całował tak namiętnie i z pożądaniem. Jego język wił się po moim podniebieniu niczym baletnica w tańcu. Był taki... Męski. Cudowny. Delikatny. Słodki. Cierpliwy. Napalony? Czuły. MÓJ.
Za chwilę usłyszałam, jak twój bóg mruczy, a następnie po kilku sekundach rozległ się krzyk na całe gardło: "SZCZĘŚLIWEJ JEDENASTEJ ROCZNICY SZCZĘŚLIWE MISIE!"
Przez pocałunek odczułam jak Harry się delikatnie śmieje. Oderwałam swoje od jego magicznych, malinowych ust i spojrzałam w dół. Zaledwie 19 pięter niżej stali wszyscy jego kumple i cały czas krzyczeli i bili brawo. W górę poleciały też balony napełnione helem, w kształcie serduszek.
-Dwa w jednym, skarbie.- szepnął swoim ponętnym głosem Zay.





















Wersja z Niallerem



Znaliśmy się od  piątego roku życia. Opowiedzieć tą historię? Ok. Więc od początku.
Gdy miałam 4,5 roku, rodzice powiedzieli, że mamusia dostała awans i już niedługo trzeba się będzie przeprowadzić do innego miasta. Wtedy niezbyt rozumiałam co to oznacza, więc ani nie rozpaczałam, ani się nie cieszyłam. Po prostu, pewnego dnia rodzice zaczęli pakować wszystkie rzeczy z domu i powiedziałam "sajonara" swojemu ukochanemu domkowi z młodszego dzieciństwa. Zamieszkałam w jakimś nowym, wielkim i świetnie urządzonym domu z wielkim balkonem i widokiem na całe miasto. Nie odpowiadało mi to, więc już jako sześciolatka próbowałam robić wszystko, by tylko jak najrzadziej przebywać w nowym domu. Pewnego dnia poznałam małego, brązowowłosego chłopca, który zamiast grać w piłkę z dziećmi na podwórku, trzymał w rękach dwa hamburgery. I od tego się zaczęło....

14.02 mijała jedenasta rocznica naszego poznania. Akurat wypadała na walentynki, więc było to troszeczkę niezręczne świętować rocznicę przyjaźni w święto zakochanych. Ale cóż, zbyt wielka, silna i wręcz niewytłumaczalna więź nas trzymała. To znaczy tylko ja miałam plany na świętowanie tej rocznicy, nie wiedziałam nawet, czy Niall o niej pamięta. Poszłam do łazienki wziąć długą, gorącą kąpiel, by na wieczór być gotowa. W sumie była dopiero 9 rano, ale byłam podekscytowana od kilku dni, a teraz zaczynałam też czuć podniecenie. Czy wszystko pójdzie według mojej myśli? Czy Niall się nie speszy? Czy go nie wystraszę? Czy będę wyglądać wystarczająco dobrze, by nie śmiesznie? Czy wybrałam dobry lokal? Czy wszystko będzie odpowiednie? -Toooo.... Ja jednak wezmę tę kąpiel.- powiedziałam i poszłam w szlafroku do łazienki. Podczas, gdy nurkowałam do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu, jednak nie przejęłam się tym wiedząc, że i tak nie zdążę do niego dobiec. Po dwugodzinnej "walce z niebezpiecznościami oceanu" postanowiłam zakończyć tą dziecinadę i pójść sprawdzić kto dzwonił kilkakrotnie. Gdy podeszłam do telefonu i na wyświetlaczu zobaczyłam jedną nazwę, motylki pojawiły mi się w brzuchu. Ale nie dlatego, że kochałam go jak partnera, tylko właśnie jak brata. Chyba...
"Sprawdź."  "Twittera". "Szybko." "Sprawdź." "Sprawdź sprawdź sprawdź!" Łącznie było to 116 wiadomości, więc.... Odpaliłam laptopa, a na wyświetlaczu od razu pojawił się spam z chatu. Również od jednej i tej samej osoby. Podobna treść, między urywkami, że "mnie kocha" i "do zobaczenia później". -Jak to... Przecież jeszcze go nigdzie dziś nie zapraszałam!- tupnęłam energicznie nogą i zalogowałam się na portal społecznościowy. Spam w moim telefonie i na chacie był niczym, w porównaniu do spamu moim mentions. Po przeczytaniu, a raczej przeskoczeniu nie mniej niż 1K tweetów doszłam do tego pierwszego. Najważniejszego. Jedynego i niepowtarzalnego. Do filmiku. Odpaliłam go i usiadłam wygodnie na łóżku przeczesując palcami jeszcze mokre, długie włosy. Filmik był po angielsku. IrishBoy wiedział, jak bardzo lubię ten język.
"Uuuum.... Hi. I don't want you to think that I don't remember what day it is today. I do remember it. I want to tell you, actually I want to show you how much I adore you.You're an amazing person. I will never regret the fact that I went outside that day. You're my sun. I   l o v e    y o u."
Mokrymi włosami starłam łzę spływającą po policzku. Ostatnie słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak nie kocham go jak brata. Niestety.....
Uświadomiłam sobie również, jak bardzo boję się dzisiejszego wieczora. Jak bardzo boję się jego odrzucenia. Słów. Ran. Tego, że nie wytrzymam długo oszukując siebie, że kocham go jak brata.



Usiadłam i straciłam wszelkie chęci na dzisiejszy wieczór. Na każdy razem spędzony moment dzisiejszego wieczora. Łzy napłynęły mi do oczu, dotarło do mnie, że on nigdy nie będzie mój w ten sposób, jaki bym chciała. Przecież tyle razy przychodził, kładł mi głowę na kolanach i opowiadał o tak wspaniałych dziewczynach, które chciałby wziąć na kolejną randkę, albo więcej- pocałować. Oraz ile razy przychodził przybity, ponieważ dostawał kosza od dziewczyn, na których naprawdę naprawdę mu zależało. Każdy wieczór spędzony z nim na rozmowach o dziewczynach uświadamiał mi, że jestem tylko tą dobrą, najlepszą przyjaciółką. PRZYJACIÓŁKĄ. Nikim więcej. Traktował mnie jak młodszą siostrę, a nie jak powinien- jak dojrzewającą, piękną kobietę.
W tym stanie mogłam tylko jedno. Wzięłam telefon i na klawiaturze qwerty wystukałam krótką wiadomość.
"I'm excited too. Xxx"

To: My little bear.
Send.

Położyłam głowę na poduszce i w laptopie włączyłam sobie każdą piosenkę, którą nagrywał dla mnie wieczorami na moim łóżku, które szczerze mówiąc już nim przesiąkło. Wtuliłam głowę w miejsce, gdzie najczęściej siadał i zaczęłam rozmyślać o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło.
Po paru chwilach głowa mi zadrżała i aż podskoczyłam, gdy poczułam wibracje telefonu. Kolejna wiadomość.
From: My little bear.
Message: "Honey, what's wrong?"



To: My little bear
Message: "Nothing hun, everything's ok. Xxx"- oczywiście musiałam tu skłamać.



Ponowna wibracja.

From: My little bear
Message: "I'll be in 3 minutes. x"


Nie zdążyłam nic odpisać, gdyż po niecałych czterech minutach rozległo się walenie w moje drzwi. -Dobrze, że rodziców nie ma w domu. Zabiliby go. Choć tak bardzo go lubią.- szepnęłam i pobiegłam do drzwi, po drodze ścierając podsychające już łzy. Otworzyłam uśmiechnięta od ucha do ucha, prawie podskakująca ze szczęścia na widok filmiku. No po prostu happy. Niall James wszedł bez słowa i przytulił mnie najszybciej jak to możliwe. Tak mocno, po męsku, ale i tak, żebym poczuła się bezpieczna. Naprawdę nie wiem, z jaką siłą powstrzymywałam łzy. Myślałam, że już wybuchnę, ale postanowiłam być silna.

Niall odsunął się na chwilkę, dosłownie kilka centymetrów, by nadal widzieć moją twarz. Wciąż trwaliśmy w uścisku. Spojrzał mi w oczy tak przeszywającym, głębokim spojrzeniem, że aż przeszły mnie ciarki. Poczułam, że zabrał jedną rękę z moich pleców. Po chwili jego kciuk znalazł się przy mojej twarzy i dotknął policzka. Przejechał wzdłuż linii kości policzkowych i starł przeźroczysty płyn. -Cholera....- szepnęłam tak cicho, że niezauważalnie. Nie udało się, łza popłynęła. Na szczęście nie wybuchłam słowami. To był naprawdę wielki sukces.
Blondynek pocałował mnie w czubek głowy, złapał za rękę i poprowadził w stronę balkonu.
Gdy już na nim stanęliśmy, nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy. Za chwilę zasłonił je jedną ręką i oparł brodę o moje ramiona. Wykonał jakiś gest- poczułam to przez zdjęcie jego jednej ręki z moich oczu. Wziął głęboki wdech i szepnął tym  swoim niskim, zachrypniętym głosem: To dla ciebie księżniczko.
Odsłonił mi oczy. Gdy ujrzałam to, co mi pokazał, z powrotem wzięłam jego rękę i zasłoniłam sobie oczy. Chłopak zaśmiał się bardzo energicznie, ale i nerwowo. Wyjrzałam delikatnie przez palce Nialla i znów pojawiły się łzy w moich oczach. Na gigantycznym wieżowcu naprzeciwko mojego balkonu było serce. Ale nie byle jakie serce. Serce z zapalonych i pogaszonych w nim świateł. Było naprawdę ogromne, na cały 49piętrowy wieżowiec. A na środku serca, również z pozapalanych świateł było zdrobnienie mojego imienia.
Odwróciłam się i odruchowo go pocałowałam. W usta. Zorientowałam się dopiero po chwili, ale Niall.... Odwzajemnił mój pocałunek. Wręcz to on teraz przejął inicjatywę. Wziął mnie na ręce i całował tak namiętnie i z pożądaniem. Jego język wił się po moim podniebieniu niczym baletnica w tańcu. Był taki... Męski. Cudowny. Delikatny. Słodki. Cierpliwy. Napalony? Czuły. MÓJ.
Za chwilę usłyszałam, jak twój bóg mruczy, a następnie po kilku sekundach rozległ się krzyk na całe gardło: " SZCZĘŚLIWEJ JEDENASTEJ ROCZNICY SZCZĘŚLIWE MISIE!"
Przez pocałunek odczułam jak Harry się delikatnie śmieje. Oderwałam swoje od jego magicznych, malinowych ust i spojrzałam w dół. Zaledwie 19 pięter niżej stali wszyscy jego kumple i cały czas krzyczeli i bili brawo. W górę poleciały też balony napełnione helem, w kształcie serduszek.
-Dwa w jednym, skarbie.- szepnął swoim ponętnym głosem Nialler.














_______________________________________________________________________

Nie będę się dziś rozpisywać. Są walentynki.
Chcemy marzyć o chłopakach, a nie czytać moje bzdety.
Nie wyszedł mi, cholernie przepraszam.
Obiecuję jutro poprawę. Jutro wszystko napiszę co, jak i dlaczego. Jak zawsze. XD Mam nadzieję. :D
Dziękuję za komentarze. <3 Będzie mi naprawdę niezmiernie miło, jeśli dalej będziecie chcieli komentować. Na przykład tą walentynkową ciućmę. XD
Dziękuję, lofffffff. ♡

niedziela, 3 lutego 2013

Happy BDay Hazz! {+18} (imagin pięćdziesiąty! *-*)

*JEŚLI TŁO JEST CAŁE SZARE, TO NIE BĘDZIE SIĘ DAŁO
DODAĆ KOMENTARZA. PROSZĘ ODŚWIEŻCIE STRONĘ. C:


Zbliżały się jego 19te urodziny. Kompletnie nie miałaś pomysłu na prezent, wszystko wydawało się albo aż tak banalne, albo kompletnie bez sensu, albo mogłoby mu się nie spodobać. Po dwóch tygodniach ciągłego rozmyślania, dołowania siebie i swoich przyjaciółek ciągłym pytaniem ich co masz kupić Hazzie- przy kominku z kubkiem kakao w ręku wpadłaś na, twoim zdaniem, najgenialniejszy pomysł świata.
Zerwałaś się z fotela, twój zwiewny, szary sweterek strącił stojącą na brzegu stoliku porcelanową filiżankę. Rozbiła się na miliardy małych kawałeczków, które rozproszyły się po całym, włochatym dywanie. Przeklęłaś tylko pod nosem, złapałaś telefon w rękę i w pośpiechu pobiegłaś na górę.  Zadzwoniłaś do {imię twojej najlepszej przyjaciółki} i powiedziałaś, że będziesz u niej za półtorej godziny i, że znalazłaś idealny prezent dla Hazzy. W słuchawce usłyszałaś tylko westchnienie ulgi i uśmiechnęłaś się pod nosem. Ubrałaś się jak najszybciej w (zestaw), złapałaś w rękę kluczyki i dokumenty i pobiegłaś na podjazd. W pośpiechu wsiadłaś i przekręciłaś kluczyk w stacyjce.
Po ponad godzinie jazdy byłaś już pod domem przyjaciółki. Wybiegłaś z auta jak burza, nawet zapomniałaś je zamknąć. Gdy biegłaś, włosy falowały ci w rytm powiewu wiatru, a koszulka podskakiwała to w górę, to w dół. Stanęłaś przed jej drzwiami i bez pukania wparowałaś do środka. Ujrzałaś ją  siedzącą na kanapie, zdziwioną, z miską płatków w ręku i wpatrywała się w ciebie jak w jakąś wariatkę. -Na co czekasz?! Ubieraj się! Jedziemy do miasta!- wykrzyczałaś, ona tylko jęknęła i poszła na górę po klucze od domu. Nie było jej ledwie minutę, ale ty już zaczęłaś energicznie tupać nogą. -Szybciej!- ponownie krzyknęłaś. -No przecież nie umiem latać!- odkrzyknęła, a gdy już zeszła na dół, ponownie dodała- Kurde, odkąd dowiedziałaś się o imprezie urodzinowej Stylesa, nie da się z tobą wytrzymać! Ja rozumiem, że to dla ciebie cholernie ważne, ale przystopuj trochę. My wszyscy wokół też jesteśmy ludźmi.-ściszyła głos. Nie przeprosiłaś, ale przez drogę dużo o tym myślałaś...
Ale nie to dziś było najważniejsze, do tego wrócimy po imprezie. Mam półtora dnia, na dokładne przygotowanie planu jutrzejszej niespodzianki dla Harry'ego. Zapomniałaś, że absolutnie nic nie powiedziałaś przyjaciółce o swoim pomyśle, a gdy stanęłyście przed sklepem, jej o mało co nie wyszły na wierzch gałki oczne.
*Niespodzianka, czytajcie dalej*.

*** (Dzień imprezy)
-Jejku jejku jejku jejku jejku jejku! Nie wyrobię się!- biegałaś i krzyczałaś po całym domu, a loczek tylko stał w rogach domu, łapał cię w objęcia i co chwilę uspokajał. Za każdym razem, gdy spojrzałaś w te hipnotyzujące, magiczne, cudowne i przecudowne, niebiańskie, boskie oczy, od razu ogarniał cię spokój, błogość i opanowanie. Ale gdy tylko on zniknął z pola widzenia, zaczynałaś na nowo. I tak w kółko przez dwie godziny.
-Okej. Spokojnie. Oddychaj. Półtorej godziny do wyjścia. Dasz radę. Wszystko będzie ok. Pójdzie dobrze. Wyrobisz się. Oddychaj.- wmawiałaś sobie na głos i patrzyłaś, jak Harreh tacza się po podłodze ze śmiechu. Za każdym wybuchem śmiechu obrywał twardym, zielonym bananem, ale nawet to go nie zniechęcało. Czyli musiał być naprawdę rozbawiony...
Po kilkunastominutowym napadzie śmiechu wstał, złapał cię za ręce, spojrzał głęboko w oczy i pocałował tak namiętnie, jak całuje tylko w jednej sytuacji... To cię trochę opanowało, ba, kolana się pod tobą ugięły, a on tylko podniósł wargi w cwaniackim uśmiechu i poszedł do łazienki się przebierać, bowiem mieliście 40 minut do wyjścia.
Wyszedł w stroju boga, a nawet więcej, był bogiem. Gdy go zobaczyłaś, musiałaś się o coś oprzeć, by nie upaść. Jego mina "samca Alfa" była w tym momencie bezcenna. Miałaś na niego teraz taką ochotę, gdyż wyglądał tak: (strój), ale szybko musiałaś się pohamować, przecież mieliście tylko 15 minut! No ale on.... Jego wyraz twarzy, gdy cię zobaczył pobił wszystkie twoje miny razem wzięte. I do tego ten błysk w oku. I to oblizywanie wargi... Myślałaś, że zaraz się na ciebie rzuci, ale chyba przypomniał sobie to samo co ty. Twój strój (zestaw) szczerze mówiąc był powalający, a w połączeniu z wieczorowym makijażem i pięknie zrobionym kłosem... Wyglądałaś cudownie.
Harry podbiegł do ciebie i złapał cię w talii, ale ty pod pretekstem starcia szminki z ust skutecznie go odtrąciłaś. Wzięłaś jeszcze tylko mały pakuneczek i w momencie, gdy już miałaś zamiar wychodzić, Hazz klepnął cię w pupę. Odwróciłaś się, starając zachować poważną minę i spiorunowałaś go wzrokiem. Chwilę potem usłyszeliście dźwięk klaksona pod domem. Krzyknęłaś do niego z dołu, żeby się szybko zbierał i po kilku sekundach był już przy tobie. Przywitaliście się ze znajomymi i ruszyliście w kierunku klubu.
***
Zabawa była wręcz genialna. Wódka, szampan, drinki, jedzenie, oczywiście wiecznie głodny Horan, nieziemsko czarujący Malik, cudowni Zerrie, uroczy i słodcy Lanielle, boski Tommo i słodka i piękna El. Do tego Andy, Mazz, Joey, Josh, Jon, Sandy, Dan, Savan, Olly, Ed, Taylor, Tom, Paul z rodziną, najbliższa rodzina chłopaków z zespołu, wasza najbliższa rodzina, a nawet Simon przybył! Krótko mówiąc... Lokal był ogromny, musiał być na prawie 150 osób (jak wesele!). Wszyscy się bawili, z tego co obserwowałaś, bardzo dobrze, ale większość już tylko siedziała na kanapach, bądź tarzała się po podłodze, przecież była 3 nad ranem, ponad to, wszyscy byli zmęczeni dość dużą walką na żarcie.
Nachodziłaś się trochę po pubie, ale znalazłaś swojego boga. Celowo przed imprezą powiedziałaś mu, żeby nie pił dużo i był przytomny i w pełni sprawny, bo masz dla niego nietypową niespodziankę. Gdy go dotknęłaś, by poprosić, abyście wyszli na zewnątrz, on złapał cię w pasie, obrócił i zaczął całować tak łapczywie, że zaraz myślałaś, że cię rozbierze. -Nie.- powiedziałaś niechętnie i odsunęłaś go kawałek. -Chodź za mną.- stwierdziłaś i pociągnęłaś go za sobą. Po kilku minutach znaleźliście się już w pokoju, w ustronnym miejscu, gdzie w końcu na spokojnie będziesz mogła ofiarować mu jego ostatnią niespodziankę. Gdy już byliście w środku, rozwiązałaś swoje włosy, potrząsnęłaś nimi będąc w pełni wolna. Przekręciłaś kluczyk i podeszłaś do Hazzy, który stał przy łóżku trochę zdezorientowany. -Kotku, mam dla ciebie prezent ode mnie. Dosłownie. Kilka tygodni myślałam nad tym, co ci kupić/dać, ale dopiero wczoraj na to wpadłam...- stwierdziłaś rumieniąc się. -Uwielbiam, gdy się rumienisz.- Powiedział Hazz swoim namiętnym, niskim, ochrypłym głosem i sprawił, że wtedy w twoim gardle pojawiła się wielka, okropna gula, której nie mogłaś się pozbyć. Niewiele myśląc, zaczęłaś go całować. Posadziłaś, a dokładniej położyłaś go na plecach na łóżku, sama siadając na nim. On złapał cię za pośladki i przycisnął mocniej do siebie. Wasze języki wirowały w pewnym rytmie, coraz mocniej, szybciej i gwałtowniej. Chłopak obrócił cię tak, że teraz to ty byłaś na dole i ponownie cię całował. Robił to tak namiętnie... Co chwilę przygryzając ci wargi. Było to dość podniecające, musisz przyznać, ale na chwilę przestałaś. -Co jest kochanie?- spytał Harry wyraźnie zawiedziony. -Zaraz przyjdę.- powiedziałaś najseksowniej jak potrafiłaś, ale chyba ci to nie wyszło. Potrząsnęłaś tylko głową, wstałaś, złapałaś torbę i pobiegłaś do łazienki. -Ej!- krzyknął chłopak, ale nie zdążył cię złapać, bo już zamknęłaś drzwi na zamek. -Tylko spokojnie. Przecież robimy to kilka razy w tygodniu. Co z tobą. Ogarnij się. To nic strasznego. Tam siedzi chłopak twojego życia, którego chcesz uszczęśliwić. Będzie dobrze. Wszystko pójdzie okej. Będzie okej.- prowadziłaś monolog przy lustrze.
Obmyłaś twarz wodą, wytarłaś ją, ale drobne kropelki wody spłynęły po twoim rozpalonym ciele tak, że przeszedł cię dreszcz. Odłożyłaś ręcznik, wzięłaś do ręki szczotkę i przejechałaś nią kilka razy po twoich lśniących {kolor twoich włosów} włosach. Kilka z nich wypadło, więc szybko wsunęłaś je pod wannę. Z torby wyjęłaś wszystkie potrzebne rzeczy i przygotowałaś się do wyjścia.
Przekręciłaś kluczyk i wychyliłaś zza drzwi samą głowę oceniając sytuację. Harreh siedział na gigantycznym, brązowym łóżku z drewnianym obiciem i przyglądał ci się przechylając głowę. -10..9..8..7..6..5..4..3..2..1.....- odliczyłaś spokojnie, wzięłaś głęboki wdech i wyszłaś z łazienki. Harry'ego zamurowało, nie wiedział, co ma zrobić, więc przez dobrą minutę się nie poruszył. Nie wiedziałaś nawet, czy oddycha. -Noo....- powiedziałaś drżącym głosem.  Wtedy loczek wstał i podszedł do ciebie wsadzając ci język do gardła. Jego prawa dłoń powędrowała w twoje dolne partie ciała. Włożył ci rękę w stringi i zaczął poruszać palcami. Ale wróćmy do początku. Strój, który miałaś na sobie był dość... Nietypowy dla waszego związku. Miałaś na sobie czarne stringi, wyjątkowo odważne różowe body, a na nogach jasnoróżowe pończochy. Na głowie policyjną czapkę, a w ręku czarny, długi pejcz.
Harry nadal robił to, co kilka minut temu, a owe to doprowadzało cię do szału. Zsunęłaś więc jego spodnie i zrzuciłaś zgrabnym ruchem jego cudowną, prostą acz bardzo seksowną, białą koszulkę. Leciutko użyłaś pejcza i gdy w jego oku pojawił się błysk- kiwnęłaś  brodą na łóżko. Harry wbiegł potulnie i położył się bezwładnie. Zza pończochy wyjęłaś kajdanki z różowym futerkiem i przypięłaś mu ręce do łóżka. Usłyszałaś tylko ciche "ooou" i już wiedziałaś, że to co robisz, jest trafnym pomysłem. Gdy był już przypięty, usiadłaś na jego brzuchu, a swoje wargi przytknęłaś do jego. Trwaliście w długim, namiętnym pocałunku, którego nie mogło przerwać NIC. W tym momencie byliście tylko ty i on, twój bóg. Czułaś, że on nigdy nie będzie miał dość, więc przejęłaś inicjatywę i to ty przerwałaś- z wielkim trudem, ale cóż- i spojrzałaś na niego z "wyższością". Harry chyba nie za bardzo ogarnął, bo gdy ty już tylko na niego patrzyłaś, jego usta jeszcze wciąż układały się w kształt pocałunku. Zachichotałaś, a jego oblał rumieniec, po czym ponownie, tym samym, męskim, cudownym, nieziemskim, ochrypłym, niskim głosem rzekł: Uwielbiam ten twój cichy chichot. Kochaj mnie skarbie." W tym momencie myślałaś, że nie wytrzymasz i się na niego rzucisz, ale wykrzesałaś z siebie ostatnie resztki silnej woli i zaczęłaś całować jego ciało. Najpierw ucho, słyszałaś wtedy jego przyśpieszony, głośny oddech, później szyję, klatkę piersiową, cudnie wyrzeźbiony, nagi tors, potem brzuch... Wiedziałaś, że zaraz oszaleje, więc w formie "zabawy", długo zajmowałaś się brzuchem. Siedziałaś mniej więcej w odległości jego kolan, więc brzuch miałaś przy jego penisie. Poczułaś, że mimowolnie on się unosi, a ty go przygniatasz. Spojrzałaś na loczka, a on się wyszczerzył chyba najmocniej jak mógł. Zdjęłaś swoją czapkę i założyłaś mu na twarz. Spod czapki wydobyło się ponowne "Eeeeej" i po chwili czapka wylądowała na łóżku. -Niegrzeczny chłopczyk- pogroziłaś mu palcem. -A ty niegrzeczna dziewczynka.- powiedział ochryple z cwaniackim uśmiechem. Na dźwięk tych słów wzięłaś do ręki pejcz i użyłaś go na jego brzuchu. Uśmiechnął się tak cudownym uśmiechem, że zapomniałaś totalnie o wszystkim i wpatrywałaś się w jego twarz. Harry zaczął poruszać biodrami w taki sposób, że jego sztywny penis kołysał się to w prawą stronę, to w lewą a ty wybuchnęłaś śmiechem na ten widok. -No dobra, już odleżałeś swoją karę.- powiedziałaś i odpięłaś kajdanki. W tym momencie, jak błyskawica, nawet nie miałaś najmniejszych szans zorientować się, Haz położył cię na łóżku i przypiął tymi samymi kajdankami. Byłaś zdezorientowana, więc nic nie skojarzyłaś. -Będziesz teraz cała moja. Tylko i wyłącznie moja, pani policjant.- rzekł i zdjął z ciebie body. Byłaś teraz przed nim tylko w pończochach. Gdy odsunął się kawałek tylko po to, by ponownie cię obejrzeć i wtedy przygryzł wargę. Zaczęłaś się wyrywać i krzyczeć, ponieważ według twojego planu nie tak to miało wyglądać, ale w odpowiedzi usłyszałaś tylko, że teraz to on tu rządzi. Zaskoczyło cię to, ale równocześnie zaciekawiło, chciałaś wiedzieć, co wymyśli dalej. Ale czy to było aż tak nieprzewidywalne? Od razu cała jego twarz zatopiła się w twoich piersiach. Najpierw się nimi bawił, później ssał i lekko przygryzał sutki. Były twarde i nabrzmiałe, on to wyczuł, ale bawił się dalej. Macał twoją lewą pierś, później prawą i na odwrót. Trwało to z kilkanaście minut, ale straciłaś rachubę  czasu, za bardzo byłaś oddana jego pieszczotom. Spojrzał ci w oczy, a gdy zauważył, że są zamknięte, zjechał trochę niżej. Najpierw do brzucha, robiąc ci to samo, co ty mu. Spojrzałaś na niego i zrobiłaś minę typu "bitch please". Chłopak się tylko słodko uśmiechnął i językiem wędrował dalej. Dotarł do twojego "skarbu" i uśmiechnął się jak chłopczyk. Rozchylił wargi sromowe i  dostał się do łechtaczki. Najpierw jego język wędrował wokół, szukając punktu "G", a gdy zaczęłaś syczeć, postanowił pójść o krok dalej. Naślinił dwa palce i włożył je w ciebie. Językiem zaczął lizać twoją "myszkę" tak szybko, że wiłaś się na łóżku w rozkoszy. W momencie, gdy ty zaczynałaś głośniej jęczeć, on zaczynał przyśpieszać i mocniej robił to, co robił. Zaczęłaś krzyczeć, by nie przestawał, a on spełniał twoją prośbę. Po kilkudziesięciu minutach, wylądowały w tobie trzy palce, a Harry używał języka w takim tempie, że nawet sobie nie wyobrażałaś, że tak można. W końcu krzyknęłaś "PRZESTAŃ", bo poczułaś, że zaraz dojdziesz, poza tym, chciałaś też dać jemu trochę przyjemności, w końcu to były jego urodziny. Odpiął cię posłusznie, a ty złapałaś go w talii, przyciągnęłaś do siebie i zaczęłaś całować. Po chwili takiej zabawy, odwróciłaś go i usiadłaś na nim z powrotem. Ręką dotknęłaś jego przyrodzenia, a było ono bez bokserek, więc logicznie rozumując robił sobie dobrze, robiąc dobrze tobie. Wzięłaś jego kolegę do ręki, masowałaś go przez chwilę obserwując ponętny wyraz twarzy twojego wybranka. Obróciłaś się i przyłożyłaś swoje usta do jego penisa. Ich gorąco spowodowało, że Harry'ego przeszedł dreszcz. Włożyłaś go do buzi i poruszałaś głową w górę i w dół, masując dłońmi jego jądra. Spojrzałaś na niego, miał odchyloną do tyłu głowę i zamknięte oczy. Co chwila z jego gardła wydobywał się cichy pomruk. Wyjęłaś go z buzi i dalej pracowałaś ręką. Twoich uszu dobiegł dźwięk dość głośnego "Oooooooooooh", które natychmiast przytłumiłaś pocałunkiem. Harry złapał cię jedną ręką za piersi, a drugą delikatnie ułożył na łóżku zupełnie tak, jakbyś nic nie ważyła. Pocałował cię w czubek czoła, przejechał kilka razy dłonią po swoim penisie i delikatnie go w ciebie włożył, jakby bał się, że zrobi ci krzywdę. Jęknęłaś cicho, ale był to jęk rozkoszy, więc dziewiętnastolatek lekko przyśpieszył. Po kilku ruchach, zaczęło ci to sprawiać niesamowitą przyjemność, więc już odleciałaś. Cały czas tylko krzyczałaś i jęczałaś, a twój kochanek ewidentnie był z siebie dumny. Podczas dalszego seksu już tylko krzyczałaś na całe gardło, nie zwracając nawet uwagi na to, czy ktoś was usłyszy. Gdy jęczałaś jego imię, Harry zbliżył się do ciebie i spojrzał ci w oczy. Był taki cudowny... Złapałaś go za tył głowy, swoje palce wplotłaś w jego bujne loki i wasze usta znów się spotkały w wirującym pocałunku. Harry nadal, mówiąc brzydko, cię posuwał, a ty czerpałaś z tego niewyobrażalną przyjemność. Słyszałaś każdy dźwięk, każdy jego jęk, każde westchnięcie, każdy wdech, przyśpieszony oddech. On był cały twój, tylko twój. Takie twoje rozmyślania przerwał jego dość głośny jak na niego jęk i Styles na sekundę zesztywniał. Po chwili poczułaś, jak jego gorąca jeszcze sperma zalewa cię od środka, a on sam położył się obok ciebie przeżywając orgazm. Patrzyłaś tak na niego, a on był w całkiem innej krainie, ale to nawet lepiej, mogłaś podziwiać każdy milimetr jego cudownego, nagiego ciała.
Gdy już doszedł do siebie, położył cię na przeciwko siebie i pomógł ci dojść swoimi cudownymi sztuczkami, które wykonywał językiem.
Nazajutrz obudziło cię jego delikatne smyranie twoich pośladków. Otworzyłaś oczy i ujrzałaś go wpatrującego się w twoje oczy wzrokiem pełnym miłości i pożądania.
-Byłaś cudowna. Byłaś........ Nie mam słów. To najpiękniejszy prezent urodzinowy, jaki dostałem. Jaki mogłem sobie wyobrazić, a nawet nie mogłem sobie wyobrazić! Jeśli rozumiesz o co mi chodzi.- powiedział zakłopotany. -Rozumiem skarbie, ja też nie mam słów na to, co wydarzyło się tej nocy....- odpowiedziałaś przypominając sobie minutę po minucie to, co się wczoraj wydarzyło. -Ale to nie jest mój urodzinowy prezent, to tylko dodatek...- już zamierzałaś wstać, kiedy Harry, po chwili zdumienia rzekł: -Zanim wstaniesz.... Przepraszam.- powiedział, a ty w tamtej chwili odwróciłaś wzrok od jego nieskazitelnej twarzy i to co ujrzałaś.... Na podłodze, wszędzie, gdzie się tylko dało, leżało mnóstwo pierza i porozrywane poszewki od dwóch- może trzech poduszek. -Poniosło mnie trochę...- powiedział i zalał go rumieniec. Ty się tylko uśmiechnęłaś i rzuciłaś na niego składając pocałunek na jego malinowo-różowych ustach. -Ale przejdę do tego głównego prezentu.- powiedziałaś i sięgnęłaś do torby po małe pudełeczko z testem ciążowym.






_____________________________________________________________


Ta Daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa. C: Przepraszam, on jest bardzo...... Zboczony. :CCC Naprawdę przepraszam, ale jak już zaczęłam to pisać... To nie mogłam przestać, wciągnęłam się. :o XD
OKEJ, PRZEPRASZAM, PRZYZNAJĘ SIĘ. TROCHĘ MIAŁAM W GŁOWIE "Twilight" PISZĄC TO. ;-; XDD Ale mam nadzieję, że to nic złego. C: x

No, a teraz... Będę się tłumaczyć. ;-;
Wiem, że jest to ponad miesiąc, kiedy na wersonowo nie pojawiło się NIC nowego. Pisaliście do mnie i na asku i na twitterze, nawet na facebooku. Zatem CHOLERNIE MOCNO WAS WSZYSTKICH PRZEPRASZAM, naprawdę....
Kończy się semestr, a ja.... Jak to ja, zawsze wszystko na koniec semestru.. Jeszcze musiałam ponadrabiać te wszystkie sprawdziany, których nie pisałam jak leżałam w szpitalu, a miałam na to półtora tygodnia, więc musiałam nieźle zapierdalać nad tymi książkami. :C I ogólnie jakoś ten semestr trzeba zakończyć, więc się uczę...
Ale oczywiście nie będę zwalać wszystkiego na szkołę. Przyczyniło się do tego też to, że........ Przez ten miesiąc straciłam wenę. :o NAPRAWDĘ. Nie mogłam nic napisać, nawet mój pamiętnik stoi pusty przez miesiąc, przy czym pisałam tam codziennie. O.o No, a jak ja mam w głowie to, że nie umiem pisać imaginów i niczego innego, +czuję brak weny, to kompletna klapa. :C
SO,  P R Z E P R A S Z A M.
Obiecuję, że postaram się poprawić.
Za tydzień mam ferie, od 13 już muszę być z powrotem w domu, bo mam rehabilitację, więc raczej na pewno naskrobię coś na zapas. C:::::::

Ale już dosyć tego gadania o niczym, mam nadzieję, że przeprosiny przyjęte. :*

@TeamHoranNiall / Veronica  JESTEŚ CUDOWNA, NAPRAWDĘ. <3 TYLE RAZY MI PISAŁAŚ, ŻE TEN BLOG JEST ŚWIETNY, DLA MNIE TO NAPRAWDĘ WIELE ZNACZY. <3

I KAŻDY,  KTO TU WCHODZI JEST CUDOWNY I WSPANIAŁY. <3333

Szkoda tylko, że czytacie i o, nic z tego nie zostaje. To trochę boli, że tyle osób dziennie tu wchodzi, a miewam najwięcej 10 komentarzy. Bo ja się tu napracuję (sorry, pisałam go praktycznie trzy godziny), a wy tylko przeczytacie i pójdziecie dalej. Komentarze naprawdę motywują, a wam się tu nie chce nic od siebie napisać... Jest taka opcja jak "anonimowy", więc KAŻDY może dodać, ale ok, zostawiam to wam. Nie będę nikogo zmuszać do komentowania, ani wysyłać 239578934793857398678967 osobom na twitterze spamując linkiem do każdego, bo uważam, że to trochę nie halo.
Jeśli ktoś chce, napiszcie do mnie swoją nazwę twittera, link do facebooka, gg, aska, bądź cokolwiek, zawsze postaram się poinformować was o nowym imaginie, tak więc podawajcie tu twittery. C: (mój twitter jest w zakładce na górze strony, ask zresztą też, więc jeśli ktoś miałby do mnie jakiekolwiek pytania, zapraszam, nie gryzę. :D Wiele osób mi pisze, że się rozpisuję, więc jeśli ktoś mi zada jakieś normalne/poważne pytanie, oczywiście z chęcią wyrażę swoje zdanie na ten temat. :-) )
No, więc nie zmuszam, aczkolwiek,  jeśli chcecie wywołać banana na mojej buzi, to.... #JASZANTAŻYSTKA XD

Kocham Was wszystkich i dziękuję za to, że ze mną jesteście. <3

Przepraszam, że się tak rozpisałam, #onlyme XD
Lots of love, Werson.

wtorek, 1 stycznia 2013

Imagin czterdziesty dziewiąty.

                           *JEŚLI TŁO JEST CAŁE SZARE, TO NIE BĘDZIE SIĘ DAŁO
                             DODAĆ KOMENTARZA. PROSZĘ ODŚWIEŻCIE STRONĘ I
                                                              s'il vous plaît. C: *

 **Tłumacz jest w takiej "zakładce", tam, po prawej stronie. :)

***ZASTRZEGAM.
To tylko imagin. Wyobraźnia. Nic, co się dzieje naprawdę. NIE BIERZCIE Z NICH PRZYKŁADU, TO TYLKO DLA ZABICIA CZASU. TE IMAGINY   N I E    SĄ NAPRAWDĘ.




Wstałam rano z nadzieją, że będzie lepiej.
Nie było. Nic nie było lepiej.
Było gorzej.
"Wstałam", no, nazwę to inaczej. Obudziłam się.
Nie chciało mi się wstawać. Nie dałam rady. Nie miałam sił. Nie miałam po co. Nie miałam dla kogo. On odszedł. On definitywnie odszedł.  Nie wróci. Już nigdy.

Dobra, wstałam. Poszłam do łazienki, przemyłam twarz. Dom był taki wielki. Taki pusty. Zostawił mnie, nie chciał mnie już. Byłam zbyt słaba. Chciał lepszej. Być może. Ja nie byłam wystarczająco dobra.
"Ssssssssss" syknęłam, gdy tylko krople ciepłej wody spłynęły po moich nadgarstkach.
Przecież to było wczoraj, musiały jeszcze boleć. Ale ten pomagał mi zapomnieć o NIM, ten ból był o stokroć lepszy, niż ból po NIM.
Może już czas wyjść? Choćby przed klatkę, na ławkę.
11 dni siedzenia w domu, bez ludzi, to jednak...
Co ja gadam. Nigdy nie będzie jak było. ON zawsze będzie w mojej pamięci.. Nie da się GO 'wymazać'.
Dobra. Idę.
Może przydałyby się zakupy, tak. To z pewnością najlepszy pomysł. Każda szafka w tym domu jest pusta, a ja z łóżka nie wstawałam +/- 4-5 dni. Może zgłodniałam?
Nie czuję głodu. Chcę tylko JEGO.
 Chcę czuć jego zapach, widzieć jego twarz, jego bujne loki, zielone oczy. Idealny nos.
Chcę czuć jego usta na swoich, na swoim ciele. Jego oddech przy moim uchu. Jego tak ciche, że ledwo zauważalne "I love YOU".
Chcę widzieć jego nagi tors, gdy szykuje się do kąpieli. Bądź do czegoś innego.
Chcę go. Całego. Chcę, żeby wrócił.
Dobra, serio idę. Może coś zjem.
***
Jestem. Kupiłam sobie kawę i jakiś obiad w pudełku. Może za kolejne kilka dni zamówię pizzę. Nie. Pizzy nie. Pizzę zawsze kupowałam z NIM. Nie chcę pizzy. Może jakąś chińszczyznę. O, tak. Na pewno, jej nie znosił.
Położyłam się na łóżku, za chwilę na nim usiadłam. Włączyłam tv. 
BOŻE. Tylko nie to.
Włączył się filmik. Nasz... Wspólny... Razem... Na huśtawce...
Cisnęłam pilotem w ekran, po czym on się rozstrzaskał.
Niepotrzebnie to zrobiłam. Zdjęcia i filmy to moja jedyna pamiątka po nim. Po tym, że kiedyś tu był, kiedyś istniał.
I wtedy zalała mnie fala wspomnień. Ten jeden dzień. Ten, który najbardziej utkwił w mojej pamięci. Ten, którego nie zapomnę, przez całą wieczność.
" Spojrzałam w lustro. Rozczochrana, rozmazana, z worami pod oczami, przybita. Taki obraz siebie widziałam każdego dnia. Każdego, odkąd mnie zostawił. Tylko dlaczego? Dlaczego tak rozpaczam po zwykłym, wykorzystującym mnie dupku? Obiecywał. Złote góry. Życie usłane różami. Co mi z tego zostało? Ah, tak. Pełno zdjęć w prasie. Jego i jakiejś blond niuni. Boże, zrozumiałabym, nie jestem dość dobra, okej. Ale... Dlaczego wybrał sobie kogoś takiego? Chciał wzbudzić we mnie jakieś uczucie? A może gniew na niego? To mu się z pewnością udało. Blondyna. Na oko 1,75m wzrostu. Tleniony blond, pod platynę. Nie było jej widać oczu, na rzęsach miała za dużo tuszu, wyglądały jak jakieś cholerne choinki. Tak samo cienie. Miliony odcieni położonych na raz. Szpilki mające z 50cm, a miniówki takie, że mogłaby się nie ośmieszać i w ogóle ich nie zakładać. To samo piersi. Zrobione w jakiejś dobrej klinice, ufundowane przez bogatych rodziców. Śmiem twierdzić, że gdy TO robili, to bez problemu całą głowę zataczał w jej cyckach. Boże! Jak ja jej nienawidzę! On od początku to wiedział, gdy tylko się poznaliśmy, że NIENAWIDZĘ tlenionych lalek. Wchodząc na twittera i czytając wszystkie wpisy widzę, że fanki też jej nie lubią, ładnie mówiąc.
Najgorsze było czytanie wpisów o mnie. O tym, że to ja byłam dla niego najlepsza, że to ja dawałam mu szczęście, o tym, że tylko przy mnie jego uśmiech był naprawdę naprawdę szczery. Te, które go spotkały pisały, że w jego oczach widać teraz pustkę, szarość, a przy mnie... Przy mnie miał wszystkie kolory tęczy. Jego fanki mnie lubiły, nawet bardzo. To było cudowne uczucie, bo po rozmowach z El, której niestety, nie wiedząc czemu, nienawidzą, wiem, że potrafią być okrutne, jeśli jakiejś dziewczyny swojego idola nie lubią.

Nie, nie mogłam już wytrzymać. Sama nie mam pojęcia dlaczego. Dlaczego to zrobiłam. Przecież był kolejnym dupkiem w moim życiu. To on mnie skrzywdził, on powinien cierpieć bardziej ode mnie. Niestety tak nie było. To było najgorsze...
Poszłam do salonu. Włączyłam odtwarzacz, leciała tam piosenka, w zasadzie melodia, z jego pojedynczymi aktami gdzieniegdzie. Żeby ją dla mnie nagrał podobno siedział z Savan'em nad fortepianem chyba z milion godzin. Dalej w niektórych miejscach był delikatny fałsz, ale to raczej koiło moje uszy, aniżeli kaleczyło.
Podeszłam do kominka, rozpaliłam go. Płomienie ognia wirowały w powietrzu, przez nutkę zapachu, jaki zawsze "uwalniał" ten dom, ogień był niebieskawo-zielony. Nikt nigdy nie wiedział dlaczego się tak dzieje, ale i też nikt się nie przejmował, bo było to piękne zjawisko.

Rozmyślając tak o wszystkim co było i nie wróci... Cały czas przyglądałam się żyletce leżącej w rogu stolika. Skąd ona się tam wzięła, nie miałam pojęcia. Chciałam ją chwycić... Ale się bałam... Znów chciałam- i znów się bałam.
Po paru minutach walki sama ze sobą, zauważyłam, że strach, przed tym bólem, pomaga mi zapomnieć. O wszystkim. Wszystkim, co dotychczas siedziało mi w głowie.
Wzięłam ją do ręki. Trochę mi drżały, ale to nawet lepiej, wtedy całkowicie skupiałam się na tym, co chcę uczynić, nie myślałam o niczym innym. Przyłożyłam ją do nadgarstka. Jej delikatne, zimne końcówki otulały moją skórę. Wtedy całym moim ciałem wstrząsnął dreszcz. -Działa.- szepnęłam.
Wbiłam ją w skórę. Delikatnie, aczkolwiek bardzo głęboko. Powoli i stopniowo zaczęłam przesuwać ją w prawą stronę.
Wyczułam, że na mojej twarzy pojawia się grymas, a chwilę później całe moje ciało zalała fala bólu. Ale był to dobry ból. Fizyczny, ale nie psychiczny. Właśnie do tego dążyłam. Tego chciałam.
W tamtym momencie zapomniałam o wszystkim. Przede wszystkim. O NIM.
To było świetne. Fale bólu co chwile wstrząsały moim ciałem, ale sprawiało mi to przyjemność. Psychiczną. Tak, to zdecydowanie był dobry ból.
***
 Obudziłam się nad ranem, w kałuży swojej, podsychającej już krwi. Może przegięłam? -Zaraz się uzupełni, zjem tylko jakąś czekoladę, czy coś.- powiedziałam i spojrzałam na żyletkę. Przypomniał mi się ten ból, ten dobry ból.
Postanowiłam zrobić zakupy. W szafkach znów pustki, że nawet myszek w domu nie było. Cóż, to nawet lepiej.
Poszłam do garderoby, wzięłam do ręki pierwszy z brzegu, jakiś stary, wielki sweter i poszłam na dół. Na nogach miałam jakieś tam leginsy, więc nawet ich nie zmieniałam.
Właśnie przekładałam sweter przez głowę, gdy nagle poczułam... Zapach. Pewien zapach. Niepowtarzalny zapach. JEGO zapach. Jego zapach, ten sweter przesiąknął NIM, a zapach się jeszcze trzymał przez parę tygodni. Paradoks, teraz sobie życzę, żeby zrobić wszystko, by o nim zapomnieć, a tu o. No cóż, może w dalekiej przyszłości będę się cieszyć, że jeszcze ten zapach poczułam. Tą malinę, ale dla męskiego akcentu, trochę... Nie wiem jak to się nazywa, ten składnik, który dodaje się do męskich perfum. Właśnie przez to był dziwny, ale niepowtarzalny, naprawdę niepowtarzalny...
***
Byłam w warzywniaku, zabrakło mi kukurydzy do sałatki. Chodziłam z koszykiem po sklepie jak durna, z nadzieją, że ten dzień jak najszybciej minie i znów w nocy będą mogły zadręczać mnie te straszne koszmary, które jednak kochałam, bo znów mogłam GO zobaczyć...
Tak szłam i oglądałam swoją okropną, niewyspaną, z worami pod oczami twarz, gdy nagle na kogoś wpadłam. A może to on wpadł na mnie? Nie ważne, w każdym bądź razie, ten za duży sweter, jego okropne włoski, wbiły mi się, w oczywiście nie osłonięte, nadgarstki. Zasyczałam z bólu, ale zachowałam to dla siebie spuszczając głowę. Nie spojrzałam na osobę, na którą wpadłam, schyliłam się szybko, żeby pozbierać rozsypane produkty i chciałam jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Ów osoba nawet się nie odezwała, chyba nawet nie poruszyła.
Zaczęłam iść w całkiem przeciwnym kierunku, kiedy usłyszałam "Zaczekaj!" i ktoś złapał mnie za nadgarstki odwracając w swoją stronę. Ponownie zasyczałam, ponieważ nie dość, że sweter ponownie wbił swoje włókna w moją przebitą skórę, ale też i osoba złapała mnie za to miejsce, lekko na nie naciskając. Uniosłam głowę. Nie. Nie. Nie. Nie. Tylko nie to. Tylko nie ON.
A jednak, ON. Jego kręcone, puszyste włosy przypomniały mi, jak cudownie było się nimi bawić. Jego usta, przypomniały każdy pocałunek, każdy całus złożony na moim ciele. Pamiętałam każdy.
A jego zielone oczy... Przypomniały każde spojrzenie, jakim mnie obdarował. Przypomniały te bezsenne noce na balkonie, gdy tylko siedzieliśmy i się w nie patrzyliśmy, przy szumie ulicy. Ta głębia...
 -Dlaczego to robisz?- spytał tak cholernie rozczulającym, zachrypniętym głosem. No tak, wszystko pozostawało w mwojej pamięci, jedynie głos powoli zanikał... Gdyby nie kołysanki, które dla mnie nagrywał, całkowicie bym zapomniała jego brzmienia.
-Puść mnie. Puść i zostaw w spokoju.- odrzekłam chłodnym tonem.
-Nie.- powiedział to i przytulił mnie tak czule, jak nigdy, całując w czubek głowy.
-Zostaw mnie do cholery! Nie chcę cię już znać! Zaczynam układać sobie życie, normalnie żyć (tu oczywiście skłamałam), zapomnieć cię, a ty co?! Przytulasz mnie?! Jak gdyby nigdy nic?!- wykrzyczałam zapłakana i wybiegłam ze sklepu. Pobiegł za mną, czułam to, ale nie zdążył wsiąść do autobusu, kierowca zamknął mu drzwi przed nosem.
Gdy wysiadłam i stanęłam przed drzwiami tego wielkiego domu, zauważyłam jego samochód. To był mój ulubiony, skromny, mały, stary.. Zawsze lubił sportowe, ale wiedział jak mi się podoba i kupił go.
-Wynoś się!- wykrzyczałam jeszcze zanim w ogóle podszedł. -Nie odejdę, { twoje imię }. Muszę ci coś wyjaśnić, bez tego nie pójdę.- odrzekł.
-Masz trzydzieści sekund.- ponownie odpowiedziałam chłodno. -Więc zaczynam.
Powiedziałaś mi, jak tobie jest ciężko, jak sobie nie radzisz, jak się tniesz.- spojrzał czule na moje dłonie. -Nic takiego ci nie mówiłam!- przerwałam mu. -Twoje oczy mi to mówią, skarbie. A teraz nie przerywaj.- nie wiedząc czemu, na dźwięk słowa 'skarbie' w moich oczach pojawiły się łzy. -Ale wiesz co? Myślisz, że co? Tylko tobie jest ciężko do cholery?! Mnie nie?! Naprawdę tak myślisz?! I nie przerywaj mi teraz!- teraz to on się wzburzył.- Tak... Zostawiłem cię, wiem to. Tylko, żeby to uczynić, zbierałem się przez dwa miesiące. Noc w noc płakałem, bo wiedziałem, że cię stracę. A ta dziewczyna... Ona... Mam trasę koncertową. Trwa ponad rok. Nie chciałem tego... Ale nie potrafiłbym tak z tobą wytrzymać przez ponad rok... Na odległość. Wiedziałem, że tobie byłoby jeszcze ciężej. Dlatego była ta dziewczyna. I to taki plastik. Żebyś mnie tak znienawidziła, żebyś już o mnie zapomniała, nie chciała ze mną być. Żebyś...- przerwała mu łza spływająca po policzku... "
To było to wspomnienie, które... Było czymś najpiękniejszym w moim życiu. Czymś, co jeszcze nigdy mi się nie przytrafiło. ON. Po prostu on...
Owego dnia spędziliśmy upojny wieczór, niestety Har.... ON musiał iść na próbę dźwiękową. O 21. Była jesień. Wiadomo, że było już ciemno.
Wtedy... Żeby mnie nie spłoszyć zaparkował kilka ulic dalej. I przyszedł do mnie na piechotę.
Więc wiadomo, że musiał tam iść pod samochód z powrotem,  piechotą.
Nie ma u mnie chodnika.
Musiał iść tam ulicą.
Był ubrany cały na czarno.
Jeszcze te ciemne włosy...
Stojąc w drzwiach i odprowadzając go wzrokiem usłyszałam tylko pisk opon. Nawet nie krzyk, był to ułamek sekundy. I jedno BUM. Nie dotarło to do mnie w tamtej chwili, pewnie dlatego nie zgięłam się w pół i jeszcze mogłam oddychać.
Pobiegłam tam najszybciej jak mogłam.
"To nie może być prawda, to nie on. To nie może być prawda, to nie on. To nie..." powtarzałam sobie cały czas.
Podeszłam tam.
Pewnie zemdlałam, bo obudziłam się dopiero rano, pod domem. Jakim cudem? Nie wiedziałam.
Włączyłam tv.
To była prawda......

Pójdę w to miejsce, może tam nadejdzie ukojenie.
***
-Cześć Harreh...- rzekłam siadając przy nagrobku. Tego dnia po raz pierwszy od wieczora z nim normalnie, aczkolwiek drżącym głosem wymówiłam jego imię.
-Patrz co mam.- rzekłam i pokazałam w stronę grobu nasze wspólne zdjęcie z pierwszego wspólnego obiadu u mojej mamy.
-Odkąd cię już nie ma ze mną... Nie kontaktuję się z nikim. Nie żyję, tak jakby mnie nie było. Z nikim nie rozmawiam, rzadko jem, nie wychodzę z łóżka. Nie chodzę do szkoły, nikt nawet nie wie, czy jeszcze żyję, czy już jednak nie. Ale wiesz co? Odpowiada mi to. Przynajmniej mogę być z tobą. Non stop, w pełni. Wiesz... Ale nie mam już siły. Nie potrafię tak dalej.
Dziś mija rok. O rok za długo. Rok z tym zwlekałam. Rok...- rzekłam i pocałowałam Harry'ego na zdjęciu.
Było zimno, zbliżał się wieczór. Miałam na sobie tylko ten sweter, w którym go spotkałam tamtego dnia. Wciąż jeszcze pachniał,  przecież to niemożliwe.
Powiew wiatru otrząsnął mnie z zapachu i transu, w którym się na chwilę znalazłam.
Kolejne  powiewy odczuwałam... Jakby mnie otulały. Czułam jakby... ON tu był. Jakby mnie przytulał, wiatr otulał moje ciało w ten sam sposób... I nagle poczułam zapach wydobywający się ze swetra. JEGO zapach.
Nie, już nie mogłam. O rok za długo...
Wyjęłam z kieszeni iPoda, na którym codziennie zapisywałam wszystko, co robiłam, gdy GO już nie było. Cisnęłam nim o ziemię. Roztrzaskał się na miliony kawałeczków.
Odczułam ulgę. 
Wyciągnęłam z torby żyletkę. Jakąś starą, brzydką żyletkę.
Na zawsze razem...





________________________________________________
*Ostrzegam, że go nie czytałam, jeśli macie jakieś poprawki/uwagi/cokolwiek, piszcie. x

Jak chcecie, to komentujcie, jak nie, to nie... Mam to już gdzieś. Wysilam się, a na 1000 wejść codziennie mam po 5 komentarzy. Dziękuję.


Ten imagin to tak na pożegnanie starego roku. Odzwierciedlający to, co się ze mną minionego roku działo. Wszystko...
Ten będzie lepszy. Na pewno.

środa, 26 grudnia 2012

Imagin czterdziesty ósmy~ Nialler

*JEŚLI TŁO JEST CAŁE SZARE, TO NIE BĘDZIE SIĘ DAŁO
DODAĆ KOMENTARZA. PROSZĘ ODŚWIEŻCIE STRONĘ I
 s'il vous plaît. C:
 Z góry dziękuję za komentarze, liczę na SZCZERĄ opinię. Xxx*




 *MUZYKA~ klik*


23.12.2012, ostatni dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. A TY NIE MIAŁAŚ JESZCZE PREZENTÓW!
"No, cóż, chyba czas się wybrać na jakieś zakupy." powiedziałaś po cichu. Wzięłaś pieniądze, założyłaś kurtkę na ramiona, trampki na nogi. Swoją drogą, wszyscy się z ciebie śmiali i mieli cię za dziwaka, ponieważ chodziłaś zimą w trampkach. Wyglądałaś tak ---------> zestaw. Na wierzch jeszcze--------> taka <mam taką samą. XD> kurtka. Byłaś gotowa do wyjścia. Włosy rozpuściłaś i założyłaś czapkę. Musiałaś wziąć jeszcze ciepłe ciepłe rękawiczki, w końcu na dworze było -24°C. Wyszłaś z domu, taksówka stała już pod domem.
Po dwóch godzinach stania w korku już nie mogłaś, miałaś mało czasu, a jeszcze tak dużo prezentów do kupienia. Przeprosiłaś i zapłaciłaś kierowcy, wysiadłaś z taksówki. Do najbliższego centrum handlowego miałaś 40 minut drogi piechotą, a co dopiero do tego, do którego chciałaś. Zmuszona byłaś iść do  Eaton Centre. 
Szłaś 10, 15, 20 minut... Nie mogłaś już wytrzymać, zimne łapki mrozu okrywały całą powierzchnię twojej twarzy. Wokół szalały tańczące płatki śniegu. Ulice były całe zaśnieżone, wielkie zaspy śniegu, który spycharka zepchała rano, leżały na krańcach chodnika. Wokół każdego domu w zasięgu twojego widnokręgu stały wielkie choinki, przyozdobione światełkami i bombkami. Setki, jak nie tysiące ludzi przechadzało się głównymi ulicami miasta. Wszyscy żyli magią świąt. Wyglądało to przepięknie, światełka, choinki, cudowne wystawy sklepowe.
Był tylko jeden minus. Taki jeden, jedniutki, malutki minus. (#WYCZUJSARKAZM.)  Temperatura.
Spojrzałaś na jedną z tych setek wystaw. Twój nos był jak jeden, wielki bukiet bordowych róż. Policzki tak samo. Cała byłaś czerwona, a palce u rąk calutkie ci zdrętwiały. Zawsze byłaś taka, można to nazwać "uczulona" na mróz. Musiałaś wejść gdzieś, gdzie jest ciepło jak najszybciej, bo inaczej odmroziłabyś się tak mocno, że jak dwa lata temu, wylądowałabyś w szpitalu. Eaton Centre na szczęście już za następnym rogiem. Zbawienie.
Weszłaś do centrum i od razu skierowałaś się do Starbucks po gorącą kawę. Tak się bałaś odmrożeń, że nawet nie zwracałaś uwagi na wystawy i wystrój. A był przepiękny. Wielka wielka, kilkumetrowa choinka na samym środku, przy ruchomych schodach, ozdobiona była tak pięknie, że w normalnych okolicznościach nie mogłabyś oderwać od niej wzroku. Wszędzie było mnóstwo światełek, bombek, stroików, mikołaji,
Szłaś do kawiarni, ale stawało się coraz głośniej. Coś było nie tak, wkrótce, po kilku krokach ujrzałaś tłum. Kompletnie nie miałaś pojęcia o co chodzi, ponieważ ani na drzwiach wejściowych, ani w środku, ani nawet w telewizji nie słyszałaś ani nie czytałaś informacji, że coś ma się w  Eaton odbywać.  Kawę już miałaś kupioną, więc z kubkiem, rozgrzewając ręce, podeszłaś bliżej tłumu. Jako że jesteś niskiego wzrostu, bardzo łatwo było ci się przedostać między ludźmi, byłaś prawie przy samym podeście.
Na tym podeście stało pięciu chłopców, znaczy.. Pięciu mikołajów, ale ewidentnie było widać, że to młodzi chłopcy. Stali na tej scence i śpiewali jakieś piosenki ze świątecznym brzmieniem. Po dwóch-trzech piosenkach zdjęli swoje brody i uśmiechnęli się serdecznie do wszystkich zgromadzonych. Te uśmiechy.... Były przecudowne, wręcz się w nich zakochałaś. Ścisnęłaś mocniej kubek i przyłożyłaś go do policzka. Uśmiechnęłaś się mimowolnie patrząc na nich. Jeden stał po prawej, na samym końcu, przy wielkim głośniku. Miał estetyczny busz na głowie, był stosunkowo niski. Oh god, miał nieziemski tyłek.
Drugi od prawej miał postawione do góry, ciemne, w sumie czarne włosy. Miał mnóstwo tatuaży, "ZAP" urzekł cię najbardziej, kochałaś komiksy. Był tak cholernie, badboiowo przystojny! Taki niegrzeczny chłopak.
 Centralnie na środku, na przeciwko ciebie stał blondynek. Stosunkowo najniższy, ale największy bóg. To właśnie przy nim zatrzymałaś się najdłużej. W dodatku ten jego styl, baggy, zwykła koszulka, gdzieś w kącie, jak myślałaś należąca do niego, sportowa bluza. Wszystko skryte pod płaszczem mikołaja. I te..... Te oczy. Hipnotajzin, niebieskie, krągłe, przeszywające. Dla ciebie zatrzymał się świat, gdy na niego patrzyłaś. Ale ok, dalej.
Następny po blondynie był jakiś chłopak w bardzo kręconych włosach. Przecudownych, zielonych oczach. I jakże namiętnym głosie. To właśnie jego głos najbardziej zapierał ci dech w piersiach.
I pierwszy od lewej stał, również bardzo wysoki, chłopak o bardzo krótko ściętych włosach. Był taki piękny. Widziałaś, ile serca wkłada w to, co robi. Ile serca okazuje ludziom, którzy ich słuchali. W dodatku miał piękny, szary sweterek.
Oni byli tak niesamowici.. Pierwsze wrażenie, pierwsze spotkanie, pierwsze spojrzenie- już ich kochałaś. To było silniejsze od ciebie. Choć doskonale wiedziałaś, że nie możesz, zawsze byłaś przeciwna tak wielkiej miłości do idola, żeby właśnie nie czuć tego bólu, który temu towarzyszy. Ale teraz właśnie nie, teraz to przezwyciężyło wszystkie twoje słabości.
Przypomniałaś sobie o kawie, wzięłaś łyk. I wtedy.... Blondyn na ciebie spojrzał. Takim spojrzeniem, któremu towarzyszyło milion emocji. Ból, radość, niedowierzanie, litość, ukojenie, napalenie, mm... miłość? Nie, tego niestety nie widziałaś.
Spojrzał tylko na pozostałą czwórkę i podbiegł do ciebie. Nie mogłaś złapać oddechu, a bicie twojego serca i puls wynosiło 2490274923146911356854876594760523748969. Wyrwał ci kawę z rąk i podał jakiemuś innemu słuchaczowi. -CO CI SIĘ STAŁO, JEJU, CHŁOPAKI!- krzyknął podenerwowany chłopak. Nie wiedziałaś co się stało, wszystko działo się tak szybko i gwałtownie. Ale.. Po chwili ci się przypomniało. Sięgnęłaś w trybie NOW po telefon i przejrzałaś się w wyłączonym ekranie. Oczywiście. Zbyt długo byłaś na mrozie... Policzki były czerwieńsze od tego bukietu róż, wręcz wchodziły w kolor bordowy, w dodatku cała twarz ci posiniała. -Przepraszam wszystkich, koncert chwilowo zostaje przerwany.- orzekł blondyn przez mikrofon. Zaczął jakoś poważnie rozmawiać z resztą zespołu, po czym zerwał się na równe nogi i podbiegł do ciebie. -Jedziemy do szpitala, chłopaki będą śpiewać beze mnie.- powiedział już spokojniejszym tonem. Nie wiedziałaś co odpowiedzieć, działał na ciebie w taki sposób....
-Nie,  do szpitala nie trzeba. Jeszcze nie jestem w takim stanie, po prostu muszę pobyć trochę w jakimś bardzo ciepłym miejscu. Mam dość mocne uczulenie na mróz. Wiem, dziwne, ale tak mam.- mówiąc to, zapewne, gdybyś nie wyglądała jak wyglądasz, zaczerwieniłabyś się. Ale nim się obejrzałaś i ocknęłaś, zaczęłaś normalnie kontaktować, byłaś w samochodzie przepięta pasami. "Boże, jeszcze nikt nigdy nie działał na mnie w taki sposób. Jeszcze przy nikim nie zapominałam o świecie." Powiedziałaś sobie w myśli i potrząsnęłaś głową. Chłopak chyba to zauważył i spojrzał na ciebie, uniósł brew i ze spokojem, ale i nutką niepokoju w głosie zapytał: Na pewno? Odpowiedziałaś, że tak i poprosiłaś, żeby zawiózł cię do domu.
Obróciłaś się na fotelu, zdjęłaś buty i założyłaś je pod brodę, tak, by móc cały czas patrzeć na blond chłopca. Chyba to widział, ba, nawet na pewno to widział, ale jakoś nie reagował. W sumie tak było lepiej. Podziwiałaś każdy skrawek jego ciała, jego twarzy. Jego nieskazitelną cerę z lekkim zarostem, oczy, tak głębokie, niebieskie i przeszywające. Jego piękny uśmiech, chyba wywołany twoim wyrazem twarzy, ale, nie chciał okazać, że widzi, że patrzysz. Ten uśmiech był taki beztroski, taki męski, taki czuły, taki piękny. Nawet śliczny, prawie że idealny nosek.
Z podziwu i wręcz transu wyrwał cię gaszony silnik. Obróciłaś głowę i szybko usiadłaś normalnie. -To... Nie jest mój....- nie dokończyłaś i przypomniałaś sobie, że powiedziałaś, żeby zabrał cię do domu, ale nie podałaś adresu. -Wiem, że to nie twój dom. Ale wybacz, nie wiem, jak mieszkasz, tak sobie tylko pomyślałem, że u mnie będzie ci cieplej i lepiej, czy coś.- odpowiedział coraz bardziej zawstydzony. -Oh, um, ok.- tylko tyle zdołałaś z siebie wydusić.
-Zapraszam.- powiedział z tym swoim magicznym uśmiechem, podając ci rękę przez otwarte już drzwi. "Wampir, cholera wampir, przecież nikt by tak szybko nie przeszedł wokół samochodu, szczególnie w zimie." powiedziałaś w myślach i puknęłaś się w głowę. Chłopak tylko zrobił zdziwioną minę, ale nic nie mówił, tylko czekał na twój ruch. Nie chciałaś ręki, zawsze byłaś taka "samodzielna", ale nie chciałaś sprawić mu przykrości. Wkrótce jednak się okazało, że ta jego męska ręka była zbawieniem. Wysiadając, źle ustawiłaś nogę, potknęłaś się o wielką zaspę i nieźle byś wyrżnęła, gdyby nie to, że trzymał cię za rękę. Wpadłaś mu w ramiona, a on się głośno zaśmiał, jednak gdy głęboko spojrzałaś mu w oczy... Niby się speszył, niby to co, więc tylko uśmiechnął, jak mały, słodki chłopczyk. To cię urzekło i jeszcze głębiej tonęłaś w jego oczach. Delikatnie pociągnął cię za rękę dając znak, żebyście szli już do domu. No tak, przecież było tak zimno.
Szybkim i tanecznym krokiem ruszył w kierunku domu. Otworzył drzwi i puścił cię przodem jak prawdziwy gentelmen.
W domu było cudownie i magicznie, światełka paliły się w każdym możliwym krańcu domu, wiele obrazów, ale każdy przyozdobiony mini czapeczką mikołaja. Zresztą ogólnie było tak jasno i miło. Obróciłaś się wokół własnej osi i zatrzymałaś się gwałtownie. Duża, wielka, ogromna, żywa, zielona, świecąca, migocząca, najpiękniejsza i najcudowniejsza na świecie choinka. Była prawie tak wysoka, jak w tym centrum! Chłopak widząc twój zachwyt staną przed tobą z szerokim uśmiechem. -Sam ją ubierałem.- powiedział dumny z siebie. -Oh, ale ze mnie gentelmen! Jak z koziej...- dodał. -Niall. Niall Horan.- wysunął rękę w twoim kierunku. NO TAK. NAGLE CIĘ OLŚNIŁO. HORAN. NIALL. NIALL HORAN. Tak, ten, blondyn. Boże.
Znałaś go, znaczy, trzy po trzy, ale twoja kuzynka, którą często się opiekowałaś, kochała ich nad życie. Zaczęłaś się zastanawiać, jak mogłaś, po takim czasie przebywania w pokoju, w którym nie było nic innego, niż to całe One Direction, nie rozpoznać ich na samym początku. Twoje przemyślania trwały zaledwie kilkanaście sekund, więc chłopak się nie niecierpliwił, ani raczej nie zaczął zastanawiać, dlaczego nic nie mówisz. - { twoje imię i nazwisko }, mnie również bardzo miło.- odpowiedziałaś ciepłym uśmiechem i podałaś mu rękę. On natomiast zamiast ją uścisnąć, pocałował. Strasznie strasznie zaskoczył cię tym gestem, myślałaś, że tacy mężczyźni już wyginęli, szczególnie w twoim wieku. -I jak, ciepło już?- zapytał zmieniając temat. -Oh, tak, oczywiście. Strasznie ci dziękuję. U mnie na pewno by tak nie było, ojcu pewnie znów nie chciało się wstać z łóżka, a mama w pracy na cały etat. Uratowałeś mnie przed kolejnym pobytem w szpitalu.- skończyłaś zdanie i pocałowałaś go w policzek, i przeszłaś dalej, prosto pod choinkę.
Chyba go zaskoczyłaś tym gestem, ale raczej cię to uradowało, aniżeli zawstydziło. -Usiądź sobie.- powiedział Nialler i zniknął gdzieś. Nie przeszkadzało ci to, że zostałaś sama w tak wielkim salonie. Uwielbiałaś święta i świąteczne ozdoby, a w tym domu było ich naprawdę dużo. Podziwiałaś choinkę, kiedy nagle twoją uwagę przykuło mnóstwo zdjęć rodzinnych wiszących na ścianie. To tak słodko wyglądało. Podeszłaś i zaczęłaś je oglądać. Najlepsze zdjęcie, na które poświęciłaś najwięcej uwagi przedstawiało Nialla. Pomimo, iż teraz był blondynem, to z pokoju swojej kuzynki dowiedziałaś się, że był brunetem, a to zdjęcie właśnie przedstawiało słodkiego bruneta. Przyjrzałaś mu się bliżej i wybuchłaś niekontrolowanym śmiechem, przez echo rozniósł się on po całym domu. Chwilę później do salonu wszedł Niall z kubkiem parującej herbaty w ręku. Wręczył ci ją i spojrzał jednoznacznie. -Z tego zdjęcia! Hahahahahahahaha- wciąż się śmiałaś. Przedstawiało ono tego blondynka, z nocnikiem na głowie i kaktusem w ręku, w dodatku miał taką śmieszną minę! Ale nie to było najlepsze. -Jesteś tu golas!- powiedziałaś przez śmiech. -No jest, ale nie martw się, teraz ma większego!- powiedział jakiś nieznajomy głos. -Sean debilu! Tyle razy mówiłem ci, żebyś nie wchodził bez dzwonka jak wiesz, że jestem w domu!- krzyknął wkurzony Niall. Trochę cię to skrępowało, bo ani nie wiedziałaś co odpowiedzieć, ani nie było to do końca miłe. Blondyn widząc twoje zakłopotanie zgromił niejakiego Seana wzrokiem. Temu nie było już do śmiechu, przeprosił cię, odwrócił i poszedł na górę. -Strasznie cię...- zaczął, -Przestań, to nie twoja wina, jego zresztą też nie, chciał ci zrobić kawał, jak prawdziwy kumpel, rozumiem. To było nawet śmieszne.- przerwałaś mu, wytłumaczyłaś i, przynajmniej się starałaś uśmiechnąć słodko. W tym samym momencie oboje wybuchliście śmiechem.
Wzięłaś łyk herbaty i usiedliście na kanapie. Przegadaliście minimum trzy- cztery godziny. O wszystkim, nawet o największych durnotach i głupotach. Rozmawiało ci się z nim tak dobrze, a przy tym był taki uroczy. Jakbyście się znali od dziecka. Naprawdę, dawno z nikim nie rozmawiało ci się tak dobrze. Nawet nie obejrzałaś się kiedy, ale biorąc kolejny łyk zimnej już herbaty zorientowałaś się, że leżysz na jego klatce piersiowej, a on obejmuje cię prawą ręką. Zobaczył, że dopiero się zorientowałaś i gwałtownie ją zdjął. -Przepraszam.- szepnął. -Nie, połóż ją z powrotem, tak było dobrze.- powiedziałaś spoglądając mu w oczy. Ponownie położył swoją rękę na tobie, a drugą gładził twoje włosy.
Około 4pm. chłopak rzekł: Oczywiście nie będziesz sama, ale, jest już ciemno i strasznie zimno, absolutnie nie pomyśl, że cię wyganiam, wręcz przeciwnie, ale nie powinnaś już wracać do domu? -Nie, i tak nikt się tam mną nie zajmuje, a u ciebie jest mi tak dobrze... Nie przeszkadzam ci, co nie?- odpowiedziałaś i zarazem zadałaś pytanie. Nie! Nie!- oburzył się chłopak. -Całe szczęście, że już wczoraj kupiłem prezenty. -dodał zadowolony. Dopiero wtedy zerwałaś się na równe nogi. PREZENTY. Nie miałaś żadnego!
-Przepraszam cię, ale naprawdę muszę już lecieć! -krzyknęłaś prawie biegnąc w stronę drzwi. -Poczekaj! Coś się stało? Coś zrobiłem? Coś powiedziałem?- zaczął zadawać sporo pytań. -Nie, nie chodzi o ciebie. Po prostu nie mam ani jednego prezentu!- powiedziałaś zdenerwowana. -Nie przejmuj się, już lecę po kluczyki.- odparł spokojnie. -Naprawdę mnie zawieziesz?- spytałaś z ulgą w głosie. -Chyba nie myślisz, że puszczę cię samą?! W taką pogodę?! O tej porze?! Ubieraj buty!- oburzył się, już chyba dzisiaj po raz trzeci, chłopak. Wyszliście na zewnątrz, on zamykał dom, a ty schodziłaś ostrożnie po schodach trzymając się poręczy. Po chwili blondyn był już przy tobie, opatulił cię szalikiem najbliżej szyi jak to tylko możliwe, nałożył czapkę najgłębiej, jak to tylko możliwe i naciągnął rękawiczki. najbardziej jak to tylko możliwe. Gdy już skończył, złapał cię za rękę. Spojrzałaś na niego, a on zrobił to samo, tylko, że z ogromną nadzieją w oczach. Uśmiechnęłaś się, ale on chyba nawet tego nie zauważył przez ten szalik, więc lekko ścisnęłaś jego dłoń. Poczułaś, jak w tym samym momencie wszystkie jego mięśnie się rozluźniły.
Już miałaś wsiadać do samochodu, kiedy... -CHOLERNE ZASPY!- wykrzyknęłaś i dokładnie powtórzyła się sytuacja sprzed kilku godzin. Tylko, że tym razem chłopak trzymając cię, delikatnie odsunął twój szalik i zbliżył się do ciebie. Trzymając cię mocno w pasie jedną ręką, drugą pogładził twój policzek. Spojrzał tak namiętnie w twoje oczy, że to ty sama szybciej zbliżyłaś się tak, że wasze usta się zetknęły. Pocałował cię. Tak delikatnie, jednak... Tak namiętnie, że traciłaś oddech. Nic innego na świecie się nie liczyło, tylko ten pocałunek. Jego gorące wargi delikatnie gładziły twoje, a jego język namiętnie świdrował twoje podniebienie. Przycisnął cię do drzwi samochodu, jedną ręką opierając się o niego, a drugą trzymając cię, żebyś przypadkiem znów nie upadła.
Może i nie był to twój pierwszy w życiu pocałunek, ale z pewnością najlepszy. Chłopak był taki.... Brakło ci słów. Po prostu cudowny.
Gdy w końcu się od ciebie oderwał, dopiero wtedy poczułaś, jak on cudownie pachnie. Taki... Właśnie nie słodki, tylko taki męski zapach. W tym momencie twój mózg odtworzył ten pocałunek, tylko dodał ten magiczny zapach.
Nialler szybko pomógł ci wejść do samochodu i sam uczynił to samo.
Przez całą drogę jechaliście w milczeniu, aczkolwiek wtuleni w siebie. Ty trzymałaś głowę na jego ramieniu, a on trzymał twoją rękę przy skrzyni biegów. W tej ciszy, tylko z tą wolną, piękną muzyką w tle ponownie podziwiałaś sklepowe wystawy.






_______________________________________________________

Okej, jest. O.o
Świąteczny? Choć trochę? XD
Przepraszam, miałam go dodać wczoraj, ale internet mi padł. Nie wiem, co się stało.
Dodałabym normalnie, ale przepraszam, na takie rzeczy niestety nie mam najmniejszego wpływu.

Jeśli wam się podobał, lub nie, lub macie jakieś zastrzeżenia/uwagi, to napiszcie w komentarzu. Naprawdę bardzo chętnie je przeczytam. I zastosuję. Bądź coś zmienię. Cokolwiek. Bo wiecie- samo "sweet i super", to nie możliwe. Zawsze jest coś, co się nie podoba. Nikt nie jest idealny, nawet ja <XDDD>, więc proszę, jeśli coś wam się nie podoba, to piszcie w komentarzu. Naprawdę jestem otwarta na każde opinie. Dziękuję.

Wiem, obiecałam, że już dawno, ale dopiero dziś dostałam piętnasty blog. Z całego serduszka postaram się stworzyć dziś zakładkę z blogami.
Cały czas możecie wciąż je podawać, wciąż nowe- powstaje zakładka na moim blogu, gdzie wzajemnie możemy się 'promować'. Będą wszystkie podane mi blogi, więc będziecie mogli odwiedzać również inne. c: Tak więc podawajcie w komentarzach adresy swoich blogów, mogą być też twittery blogerowiczów, a wtedy ja umieszczę je w tej zakładce. C:

Jeszcze raz chcę wszystkim z całego serduszka, a nawet bardziej podziękować za wejścia i komentarze. To naprawdę, naprawdę wiele znaczy, że codziennie ktoś tu wchodzi, nawet jak nie piszę, że coś dodam. Po prostu, wchodzicie, czasem komentujecie. Naprawdę, to wiele dla mnie znaczy, cholernie motywuje. Kocham was. <3

Wczoraj moja siostra powiedziała mi "Pisz, pisz. Ja poczekam. Przecież nie możesz zawieść swoich fanów." Hahahahahahaha, ja nie mam fanów, hahahahahaha. :D Ale mam was, mam nadzieję, że choć trochę podobają wam się moje imaginy. C:: I z całego serca dziękuję wam za to, że jesteście. <3

sobota, 22 grudnia 2012

"Wasze blogi". C:



Imagina dziś pewnie nie będzie, najmocniej się postaram, by był jutro, niestety niczego nie obiecuję. 
Wiecie, święta, porządki, prezenty, gotowanie... :c 
Ale i tak się nie mogę doczekać. *-*

No, lecz ja dziś nie o tym.
Dodaję tego posta. Polega on na...
Pod tą notką, w komentarzach wpisujcie swoje blogi. Jeden, dwa, ewentualnie tyle, ile macie. 
Jeśli chcecie, mogą też być wasze twittery. :3
Dziś wieczorem/w nocy/jutro rano postaram się to umieścić w nowej stronie/zakładce. Dziś ją zrobię. :-) Oczywiście przez cały czas jak będzie ten blog, będziecie mogli je podawać, będę ją aktualizowała za każdym nowym blogiem. C:

Jest tylko jedno 'ale'.
Jeśli nie pojawi się tu już dziś 15 blogów, po prostu to nie wystartuje. Bo nie wypali. Nie będę tworzyć zakładki z dwoma blogami, to bez sensu. 
Tak więc: dziś, każdy blog: 1D, Justin Bieber, Little Mix, Emblem3, Conor Maynard, The Wanted [...] , tylko musi być minimum 15 blogów.
Jeśli jesteście zainteresowani: DODAWAĆ KOMENTARZE. :3

Miłego dnia, postaram się pojawić jutro, zapewne będzie to środek nocy, ale będę. c:

Luv ya! Xxxxxxxxxxxx


*Jeśli byście mieli jakieś problemy/pytania- piszcie na mojego twittera~ @MyHeroHarreh. c:





sobota, 15 grudnia 2012

Imagin czterdziesty siódmy~ Hazz. <+18> +ZABAWA.



Ciepłe, sierpniowe popołudnie.  Siedziałaś sobie na parapecie. W ręku miałaś kubek kawy, a w uszach słuchawki. Oczywiście leciały piosenki One Direction. Znałaś tych chłopaków odkąd pamiętasz. Od piaskownicy chyba. Każdego. Każdego i na wylot. Jednak po ich debiucie w X-Factor, Wasze kontakty się trochę zmieniły. Nadal się spotykaliście, śmialiście, wygłupialiście. Lecz nie było to to samo. Duuużo rzadziej się spotykaliście. Wiedziałaś, że oni mają koncerty, wywiady, krótko mówiąc taka była ich praca… Ale to tak bardzo cię bolało…
Siedząc na tym parapecie wzięłaś do ręki swojego iPhone’a  i weszłaś na Twitter’a. Miałaś jedną prywatną wiadomość. Była od Hazzy. Taak… Harry. To z nim od początku najlepiej się dogadywałaś. To właśnie jego brakowało ci najbardziej. Oczywiście, wszystkich kochałaś tak samo mocno, jednak przy Harrym czułaś się troszeczkę inaczej . Była to wiadomość  o treści „Wyjrzyj przez okno, małpko. J”  Nie zwracałaś uwagi na to, co jest za oknem. Byłaś bardzo zamyślona. Po tej wiadomości serce zaczęło ci szybciej bić, choć nie robiłaś sobie większych nadziei. Chłopaki nadal byli przecież w USA.  Ale wyjrzałaś. Trochę cię zamurowało.. Przed twoim oknem stali chłopcy. Prawdziwi, w realu. Zbiegłaś szybko na dół. Nie do końca mogłaś uwierzyć w to, że przyjechali, ale uwierzyłaś po tym, jak wtuliłaś się w ramiona chłopaków. Zapytałaś, co oni tu robią. Zayn odpowiedział Ci, że się za Tobą stęsknili i nie chcieli czekać dwóch miesięcy, żeby się z Tobą zobaczyć, a, że mieli teraz półtora tygodnia wolnego, postanowili przyjechać do Ciebie. Zrobiło ci się tak bardzo miło.. Dowiedziałaś się, że macie tydzień. Calutki tydzień, tylko na wygłupy waszej szóstki. Oczywiście pierwsze pytanie Nialla zaraz po tym, jak się przywitaliście brzmiało „czy twoja mama zdążyła ugotować już coś dobrego..?” *Przeszukiwał ci  całą kuchnię*. Powiedziałaś, że w lodówce masz jedzenie przywiezione z Nandos Zaraz po tym, jak chłopaki się rozpakowali, Lou zaproponował wieczorem kolację. Przystałaś na ten pomysł. Cała czwórka poza Harrym powiedzieli, że jadą po zakupy. Dość cię to zdziwiło, bo przecież po co aż czwórka chłopaków ma jechać na zakupy na kolację. Gdy o to zapytałaś, jakoś się powykręcali, a ty nie przywiązałaś do tego większej uwagi. Pojechali, wrócili jakoś za trzy godziny. Ty w tym czasie poszłaś do łazienki, przecież przyjechał Harry. On został i oglądał telewizję. I oczywiście przeszukiwał ci laptopa, jak zawsze. Żartował, że sprawdza, czy jego młodsza „siostrzyczka” nie ma przypadkiem na komputerze jakichś pornosków, czy czegoś tam. Byłaś w łazience, wzięłaś szybki prysznic i umyłaś włosy. Szybko je wyprostowałaś i zrobiłaś lekki, ale bardzo stylowy make-up.  Założyłaś luźną bokserkę z motywem flagi UK. Do tego jeansowe szorty. Kilka dodatków. Użyłaś najlepszych perfum. Zeszłaś na dół. Chłopak tak słodko wyglądał jak ze skupieniem siedział w twoim laptopie. Gdy Cię zobaczył, na chwilę go zamurowało, ale nie chciał tego okazywać, więc szybko rzucił coś w stylu „fajne buty”. Nosił bardzo podobne, ty o tym wiedziałaś, dlatego tyle ich szukałaś, ale zapomniałaś o tym, że masz je na sobie. Harry miał ich nigdy nie widzieć, mógłby sobie jeszcze coś pomyśleć. I tak pewnie tak się stało… Dochodziła 22, a chłopaków z jedzeniem nie było. Coś ci nie grało. Zeszłaś na dół i zaczęłaś rozmawiać z Harry’m. O wszystkim. O koncertach, o fankach, o tym jak to jest. O życiu. W pewnym momencie, pierwszej odkąd przyjechali głupiej ciszy <Hazza się zamyślił> przerwał milczenie i powiedział Ci, żebyś poszła się przebrać. Nie bardzo wiedziałaś o co chodzi, a chłopak powiedział Ci, żebyś poszła się przebrać. Że zabrudziłaś się colą, czy coś. Nie byłaś nigdzie brudna, ale skoro chłopak nalegał, to poszłaś. Założyłaś tylko inną bokserkę. Zeszłaś na dół i trochę cię zszokowało.  Harry wszędzie porozstawiał świece, porozsypywał płatki czerwonych róż. Nie zdążyłaś zapytać, o co chodzi, zadzwonił dzwonek do drzwi. Poszłaś otworzyć. W drzwiach stał dostawca pizzy. Na pizzy był liścik o treści „ smacznego, miłej zabawy.! J LLZN.” Poszłaś do Harry’ego, a on powiedział Ci, że czekał na to już dawno, ale przez trasę wszystko się opóźniło i pozmieniało.  Przyciągnął cię do siebie i  mocno, namiętnie pocałował. Przez chwilę przeszła ci przez głowę myśl, że to wszystko może zniszczyć waszą przyjaźń. – Pierdolę to.- pomyślałaś. Przecież to twój mały Haroldzik. Kochałaś go, teraz wiedziałaś to już na pewno. Odwzajemniłaś pocałunek. Wtedy poczułaś, że chłopak trochę bardziej się rozluźnił. Całowaliście się dobre 10 minut, kiedy twój mężczyzna postanowił wziąć się, za następną część „zabawy”. Przeniósł cię na kanapę. Nie przestając całować. Ściągnął z ciebie koszulkę i spodenki. Nie pozostałaś mu dłużna. Ściągnęłaś z niego koszulkę. A właściwie to ją z niego zdarłaś. Nie było już czego później ratować. Mina chłopca w tym momencie była bezcenna. I do tego ten specyficzny ruch brwią. Napaliło cię to jeszcze bardziej. Harry chciał się tobą zająć, ale postanowiłaś, że teraz to ty się nim zajmiesz. Dobrałaś się do jego tygryska. Tak naprawdę czekałaś na to już od jakichś 2-3 lat. W sumie NIGDY nie myślałaś, że dojdzie do tego; że nie będziecie już tylko przyjaciółmi. Ale to nie zmieniało faktu, że Harold był nieziemsko przystojny. Tak. Wreszcie mogłaś pokazać, na co cię stać. Ssałaś, pociągałaś, obciągałaś. – Nazywaj to sobie jak chcesz.- pomyślałaś. – Ja i tak wiem, że robię mu loda. Kurwa, przecież to Harry, Harry z One Direction.- ojj.. Teraz to cię podnieciło. Zaczęłaś się bawić jeszcze szybciej i dokładniej. Słyszałaś pomruk podniecenia swojego partnera. To było takie słodkie. Był taki niewinny. Taki… Spokojny. Dobra, nie chciał już nic nie robić. Wziął cię, przerzucił na łóżko tak, że teraz on był na górze.  Zaczął cię całować. Najpierw po szyi, potem dotykał twoich piersi. Ssał je, lizał, przygryzał. Potem zszedł niżej, na brzuch. Jego pocałunki po twoim brzuchu doprowadzały cię do szaleństwa. Zawsze o tym marzyłaś, choć nie byłaś do końca tego pewna, przecież traktowałaś go bardziej jak starszego brata. W tym momencie cię to nie obchodziło. Liczyło się tylko to, że on jest. Jest tak blisko i jest taki realny.. W końcu zbliżył się do twojego „skarba”. Jak się przyssał… Nie mógł przestać. Całował cię, ssał, lizał, jego język był jak łuparka świdrowa. Postanowiłaś to  w końcu przerwać, zanim dojdzie do czegoś, czego oboje jeszcze nie chcieliście. Harry „odessał” się od ciebie. Wstał, pomasował jeszcze chwilkę swojego przyjaciela i wszedł w ciebie. Najpierw lekko, delikatnie, swobodnie, powoli. Zaczął przyspieszać. Pieprzył cię jak szalony, a ty tylko krzyczałaś na cały dom. Darłaś się, „ mocniej.. moooooocniej, Harry. Tak. Taaak.” Chciałaś się jeszcze chwilkę potem pozabawiać, więc ustaliliście pozycję 69. To był najlepszy wybór. Bo 30 minutowej zabawie w pozycji sześć na dziewięć ustaliliście pozycję na mnicha. Nie było wam zbyt wygodnie. Chciałaś na jeźdźca. Przodem do Hazzy. Było mu to baaardzo na rękę. Nie dość, że nic nie robił, to jeszcze patrzył na ciebie. Tu i ówdzie. I widział twoje falujące piersi. Widziałaś cholerne pożądanie w jego oczach. W tym momencie obudziło się w tobie coś, czego nigdy nie czułaś. Przemieniłaś się w całkiem kogoś innego. Wstąpił w ciebie jakiś demon. Zaczęłaś po nim skakać jak szalona. Policzkowałaś go lekko, ale.. Zauważyłaś, że to mu się podoba. W  oczach miał jeszcze większe pożądanie. Nigdy u nikogo takiego nie widziałaś… Zeszłaś z niego na chwilę, pobiegłaś na górę. Wyjęłaś pewne zabawki… Harry na początku się przestraszył, później łobuziarsko uśmiechnął. Ale był zdziwiony i spytał, skąd jego „młodsza siostrzyczka” posiada takie rzeczy. Odpowiedziałaś mu, że dostałaś od koleżanki na 16ste urodziny. Tylko puścił oczko. Mięliście żel erotyczny, mini bicz, kajdanki… Harry poszedł na pierwszy ogień. Przypięłaś go do kanapy. I już mogłaś robić z nim co chcesz… Później zamiana ról, a potem znów ostry, dziki seks. Ostatnie poprawki, pchnięcia i doszliście. Najpierw Hazza, potem Ty. Opadliście bez sił na łóżko. Przespaliście się godzinkę i poszliście wziąć prysznic. Nie bez tego.. Ale to trwało tylko chwilkę, więc szybko wyszliście z kabiny. Szliście nadzy przez dom, bo z ubrań nie było już czego zbierać. Gdy byliście w salonie, do domu weszli chłopaki. Lou powiedział tylko, że „oupsss.. My chyba nie w porę.. :D” Ale powiedzieliście, że już ok. i poszliście się szybko ubrać. Niall’a to chłopaki musieli wnosić, a Zayn ledwo mówił. Pomyślałaś, że oni też nieźle się bawili. Położyliście się razem. Powiedziałaś  tylko, że było cudownie, a Hazza dodał, że będzie tutaj jeszcze caaaałe sześć dni. Poczym łobuziarsko się uśmiechnął i dał ci buziaka w czoło. Bardzo szybko usnęliście. Rano obudził cię bardzo czułym „Dzień dobry, kochanie.” I namiętnym całusem. 



___________________________________

Boże, 50 000 wyświetleń. Boże, nie wierzę. Jezu. Chryste. Bogu. Nie no, bez kitajcu. Przylazłam tu w lipcu, licząc góra na z 5 tysięcy wyświetleń,  przez cały okres, jak będę tego bloga prowadzić, a tu przez pięć miesięcy 50 tysięcy. Nie wierzę. :')
Serio, wchodzę tu wczoraj w nocy, przez telefon <wybaczcie, sprawy osobiste, nie mogę powiedzieć, dlaczego tak rzadko bywam, nawet przy kompie> i 52 000 i takie: JEZU. :OO <3. 

Magiczne uczucie. *o*
Wiem, byłoby więcej, jakbym tu codziennie wchodziła, ale zrozumcie, naprawdę nie mogę. :<

A teraz, z racji tego, tych 50 000 mam dla was zabawę. :3 
Ten imagin... Ma coś. Jest inny.. Znaczy... Nie tyle inny, co.. No kurde, COŚ. Podpowiem, że dla "stałych czytelników" będzie to mniejszy problem. 
Pierwsza osoba, albo, jeśli chociaż jakaś taka będzie, że ZGADNIE O CO MI CHODZI Z TYM IMAGINEM, poproszę ją o podanie swojego TWITTERA I BLOGA, TUMBLR'a bądź cokolwiek tam sobie zechcecie. BĘDĘ TO WYŚWIETLAĆ NA SWOIM BLOGU PRZEZ 10 NOTEK/imagin ów+ codziennie przez 10 dni będzie shoutout na moim twitterze. < @MyHeroHarreh >
 CO WY NA TO? :3
KOMBINUJCIE, PRÓBUJCIE, NAJWYŻEJ NIE WYJDZIE, ALE WARTO SPRÓBOWAĆ. :)
Wiem, że trochę kiepska nagroda, ale zawsze coś. :)
Zapraszam do udziału! :D

Naprawdę, pomimo, iż was nie znam, to tak bardzo kocham, tych moich "czytelników". <33 
Buziak. Xxxxxx